
Niezrozumiały opór kolejnych polskich rządów przed powiedzeniem prawdy o ludobójstwie dokonanym na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich z OUN-UPA doprowadził polsko-ukraińskie relacje do stanu potężnego konfliktu historycznego. I nie należy się spodziewać, by w najbliższym czasie został on rozwiązany. Wręcz przeciwnie, wkrótce będziemy świadkami jego kolejnych odsłon.
W marcu 2010 roku, gdy w przyjętej przez Parlament Europejski rezolucji znalazła się, z inicjatywy polskich europarlamentarzystów, krytyka nadania Stepanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy, nacjonalistyczny historyk Wołodymyr Wiatrowycz pisał w ukraińskich mediach z oburzeniem, ale i ze zdziwieniem:
„Poważni przedstawiciele struktur europejskich, którzy zachwycali się Ukrainą pod koniec 2004 roku, nie mogli nie zauważyć na Majdanie, pośród pomarańczowego morza, licznych czerwono-czarnych flag UPA. Nie mogli nie słyszeć oprócz „Razom nas bahato” [hymn pomarańczowej rewolucji – red.] wielotysięcznych wykonań powstańczej pieśni „Lenta za lentoju” [jeden z hymnów UPA – red.]…
Zresztą, oni sami zwracali się do ludu banderowskim pozdrowieniem „Sława Ukrainie!”. Tak odbyło się pojednanie europejskich demokratycznych wartości – z bohaterską przeszłością. To co się zmieniło?”.
Rzeczywiście, ważni polscy politycy występujący przed wielotysięcznym tłumem na kijowskim Majdanie Nezałeżnosti niejednokrotnie wykrzykiwali w jego stronę słowa „Sława Ukrainie!”. Większość z nich oczywiście nie miała pojęcia, jak są one tam odbierane, co znaczą i z czym związane są wypowiadane przez nich zwroty. Tak jak polscy wolontariusze, chętnie fotografujący się na tle czerwono-czarnych, banderowskich sztandarów, nie znali czarnych kart historii Ukraińskiej Powstańczej Armii.
I choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się nieprawdopodobne, wówczas nikogo to nie dziwiło, ba, nawet nie zastanawiało. W tym czasie dość często w polskich mediach spotkać można było jeszcze opinie, że środowiska kresowe, walczące o pamięć o polskich ofiarach UPA, to niebezpieczni nacjonaliści i rewizjoniści mogący zakłócić strategiczne relacje polsko-ukraińskie, a drukowane przez nich w niskonakładowych gazetkach relacje świadków ludobójstwa to nieprawdopodobne historie z pogranicza science fiction. Przez całe lata 90. środowiska kresowe, obchodzące kolejne rocznice tragicznych wydarzeń na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, nie tylko nie mogły marzyć o udziale w nich urzędników państwowych, ale nawet o rzetelnej informacji w mediach.
Takie działania, a raczej ich brak, miały swoje konsekwencje. Przy czym nie były one pozytywne, jak przekonywano w Polsce, gdzie obowiązywała teza, że strategiczne partnerstwo z Ukrainą wymaga, by nie poruszać w relacjach z naszym wschodnim sąsiadem spraw trudnych. Ukraińcy, jako młody naród, dopiero dorosnąć mieli do poważnej rozmowy na te tematy. Skutki były negatywne i miały dopiero nadejść – wobec braku mocnego zaakcentowania polskiego stanowiska, nagłośnienia faktów zbrodni dokonywanych przez banderowskie podziemie, pozostawiono na Ukrainie pole do rozwoju nacjonalistycznej narracji historycznej, która po kilkunastu latach nieskrępowanego rozwoju stała się jedyną przeciwwagą dla tradycji postsowieckiej.
BANDEROWSKI POWRÓT NA UKRAINĘ
Powstałe w grudniu 1991 roku państwo ukraińskie, oprócz ogromnych problemów gospodarczych i społecznych odziedziczonych po Związku Sowieckim, miało również wielką trudność z samoidentyfikacją. Następca Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, z elitą polityczną niemal w całości wywodzącą się z partii komunistycznej, przyjął za swoje symbole narodowe kolory i herb te używane przez Ukraińską Republikę Ludową (URL), ugrupowanie niepodległościowe, walczące z komunizmem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz