|
[źródło:
odręczny list autora do Kazimierza Dajczaka, oryginał w
zbiorach adresata]
Jan Dajczak:
WOJENNE
WSPOMNIENIA Z TROŚCIAŃCA WIELKIEGO I RENIOWA
Bojków,
w styczniu 2000
Drodzy rodacy, chociaż nie byłem
mieszkańcem Trościańca Wielkiego, to wiele łączy mnie z
nim wspomnień z tamtych czasów, ponieważ moja ukochana
matka urodziła się 11-go listopada w 1894 r. w Trościańcu
w rodzinie Jana i Katarzyny Olender z domu Dajczak -
przydomek Cap (wołali ją "Capicha"). Kiedy miała
już 7 lat, chodziła do szkoły ucząc się razem ze swoim
rówieśnikiem, też Dajczakiem, który po wielu latach został
księdzem.
Ale życie nieubłaganie toczyło się
naprzód. A kiedy wyrosła na pannę, pewnej niedzieli moja
przyszła matka, 16-sto letnia dziewczyna, pasła w polu
krowy, w tym czasie na rowerze, co wtedy było rzadkością,
pojawił się w domu Jana Olendra przyszły mój ojciec. Kiedy
młoda Marysia wróciła z krowami do domu, zaczęły się
rozmowy, nie tylko małżeńskie ale i majątkowe. W tym
czasie mój dziadek Maciej Dajczak był
wójtem w Reniowie i posiadał 24 morgi
ziemi, z tego połowę jeszcze przed weselem zapisał memu
ojcu Frankowi, a drugą połowę miał otrzymać mój ojciec
po śmierci dziadka, ponieważ młodszych dwóch braci ojca
Tomek i Michał w tym czasie było w gimnazjum w Tarnopolu, a
najstarszy syn mego dziadka Macieja, Wawrzyniec, był już
inżynierem we Lwowie.
Po uzgodnieniu wszelkich spraw
małżeńskich i majątkowych 5 czerwca 1911 roku moi Rodzice
zawarli związek małżeński w kościele w Trościańcu
Wielkim. Tym samym moja przyszła matka znalazła swój dom w
Reniowie oddalonym o 7 kilometrów na wschód od
Trościańca.
Ale Pan Bóg miał swoje plany.
Jeszcze przed 1-szą wojną światową mój dziadek Maciej
Dajczak zachorował na ślepą kiszkę. Został odwieziony do
Lwowa i tam operowany, gdzie po niedługim czasie zmarł w
wieku 59 lat, pochowany na cmentarzu w Reniowie.
W
tym czasie urząd Wójta sprawował mój ojciec. W następnym
roku wybuchła I wojna światowa, mój ojciec został powołany
do austriackiego wojska, a matka z 3-letnią wówczas moją
siostrą jak i cały Reniów, zostali ewakuowani do
czeskich Moraw. Na szczęście mój stryjek Wawrzyk, gdy
się dowiedział że rodzina jest ewakuowana i jadą do Czech,
kazał całej mojej rodzinie wysiadać. Tak więc moja matka z
3-letnią córką, matki siostra z Trościańca z dwójką
dzieci i moja babka z Trościańca wysiedli, a całą tą
sprawą zajął się mój stryjek Wawrzyk. Ponieważ w Gródku
Jagiellońskim miał kolegę Starostę, tam ich ulokował,
gdzie zamieszkali przez kolejne dwa lata.
Kiedy
wojna się skończyła, mój ojciec wracał z dalekiej Albanii
do swojej Rodziny. Aż pewnego dnia, gdy matka stała na
stacji w Gródku, zauważyła nadjeżdżający pociąg, a w
nim kiwającego ręką mego ojca. Jakaż to była radosna
chwila w życiu moich Rodziców. Kiedy wrócili do
Reniowa, to prócz okopów i zasieków z drutów nie zastali
dosłownie nic. Kościół też leżał w gruzach. Trzeba było
zaczynać żyć od nowa, bo nad Seretem front stał w jednym
miejscu ponad rok. Trościaniec, chociaż był ewakuowany, to
nie był spalony i to pozwoliło im przeżyć te ciężkie
czasy, zanim zbudowano chałupę i stajnię, a później
stodołę. Oto bilans pierwszej wojny światowej.
20-go
lipca 1923 roku ja przyszedłem nas świat, wyrastając nie
tylko na Polaka, ale i patriotę, któremu miłość ojczyzny
leży zawsze na sercu. Jeszcze w szkolnym wieku zapisałem się
do Orląt z myślą, że później zostanę Strzelcem, toteż
opis karabinu znam od czternastu lat, tak jak "Ojcze
nasz". Przyjeżdżał do nas ze Zborowa kpt.
Kurek, prowadząc strzelanie z flobertu, a później z
mauzera, co mi bardzo imponowało.
W Trościańcu
bywałem często u dziadka w odwiedzinach z Rodzicami i na
odpustach, jakie odbywały się na dzień Najświętszego
Serca Jezusowego (na zakończenie oktawy modlitw ku czci
Bożego Ciała), a kiedy miałem już lat czternaście, to
jeździłem tam orać i siać, kosić i wozić z pól spod
Manajowa zwanych Zakarczemki oraz z pola spod
Hnidawy, zwanego Okrągłe.
Kiedy w maju
1939 roku powiozłem Strzelców, moich starszych kolegów, pod
Komisję Wojskową do Zborowa, to chociaż ten obowiązek mnie
dotyczył, to ja sam zgłosiłem się pod Komisję i z miejsca
byłem uznany jako zdolny do służby wojskowej. Kiedy
wróciłem do domu chwaląc się ojcu, czego tam dzisiaj nie
dokonałem, to ojciec mi nic nie powiedział, natomiast matka
powtarzała: "teraz szykuj łyżkę i miskę, bo tobie
tego jeszcze nie trzeba było".
Wreszcie nadszedł
dzień 1-go września 1939 r. Niemcy napadli na Polskę. Na
drugi dzień ogólna mobilizacja. Wszyscy ci, co służyli w
wojsku do lata poszli na wojnę, a ja wciąż czekałem na
powołanie.
17-go września w niedzielę ominąłem
nasz kościół, udając się na sumę do kościoła w
Załoźcach. Po wyjściu z kościoła poszedłem do centrum
miasta, żeby się cokolwiek dowiedzieć, ale zastałem tam
tylko parę furmanek wojskowych, którzy nie wiedzieli dokąd
mają jechać. I z taką wiadomością wróciłem do domu.
Późno z wieczora sowieckie wojska wjechały do Załoziec od
strony Tarnopola, zajmując wszystkie urzędy, a policję pod
eskortą wywożąc w nieznane. Na drugi dzień ukraińskie
bojówki z czerwoną opaską na ręce z polskimi karabinami
krążyły po ulicach Reniowa. Przykry to był czas mojego
młodego życia.
W niedzielę 17-go września
młodszy brat ojca Tomasz Dajczak był na sumie w kościele
dominikanów przy ul. 3-go Maja w Tarnopolu, ponieważ tam
należał do chóru. Kiedy sowieckie wojska zajmowały
Tarnopol, to z wieży kościoła akademicy strzelali do
Sowietów, którzy to okrążyli kościół, aresztując
wszystkich mężczyzn i wywożąc w nieznane. Od tego czasu
żadnej wiadomości nie było. Przypomnieć należy, że
stryjek pracował jako śledczy w Policji w Tarnopolu. Późną
jesienią 1939 roku została wywieziona moja stryjna Wiesława
z paroletnim synkiem na Sybir, od tego czasu żadnych
wiadomości nie ma.
Dużo szczęścia miał mój
stryjek Wawrzyniec ze Lwowa, który urodził się w 1882 r. w
Reniowie. Kształcił się we Lwowie i tam już pozostał jako
inżynier architekt. W późniejszych latach wybudował
3-piętrową kamienicę przy ul. Pełczyńskiej 39. W roku
1940 uniknął wywózki na Sybir dzięki swemu stróżowi,
który stale mówił do Sowietów, że stryjek był dobry dla
biednych ludzi, którzy pracowali w jego budowlanej firmie. W
1945 roku jako repatriant wyjechał ze Lwowa, zamieszkując
tymczasowo w Jarosławiu. W początku lata 1966 roku zmarł,
pochowany tymczasowo w grobowcu państwa Kropiwnickich na
cmentarzu w Jarosławiu, gdzie osobiście wraz ze stryjem
Michałem, bratem stryja i mego ojca, odwiedziłem stryja
Wawrzyńca w grobowcu. Późną jesienią tegoż roku /.../ do
Warszawy, gdzie został pochowany na cmentarzu dla
zasłużonych.
Wracając myślą do tamtych czasów nie
mogę pominąć jeszcze jednego wydarzenia, które mnie łączy
z Trościańcem. Otóż 27 czerwca 1941 zmarł mój dziadek
Jan Olender. Wiadomość dotarła przez przypadek i mój
ojciec podjął męską decyzję, mówiąc: na pogrzeb pójdę
ja z mamą, a on zostanie z moją młodszą siostrą. Gdyby
coś się stało złego, to będzie chociaż komu zgotować i
wyprać, bo przecież wojna, słychać kanonadę artylerii,
oznacza to, że Sowieci się wycofują.
W tym
samym dniu około godziny 16-tej wyszliśmy pieszo na skróty
w kierunku Trościańca. Szliśmy dołem polnymi drogami w
odległości od gościńca około 400 metrów. Na gościńcu
widać było nie kończącą się kolumnę wojskowych
samochodów, jadących od Zborowa w kierunku Załoziec. W ten
czas powiedziałem do matki: widać to jak na dłoni, że
Sowieci uciekają. Ale dla nas było kolejnym problemem, jak
przejść przez gościniec, kiedy to odległość pomiędzy
samochodami nie przekracza 20 metrów, a przecież Trościaniec
leży po drugiej stronie gościńca.
Kiedy doszliśmy
do samego gościńca, widziałem jak po drugiej stronie na
łanie w koniczynie pasło się osiodłanych dwa konie, a
dwóch wysokich rangą oficerów patrzyło przez lornetki w
stronę zjeżdżających z górki samochodów. Nagle pojawił
się też jeden czołg, któremu ręcznie dał znak
zatrzymania się jeden z tych oficerów. W tym czasie
przeszliśmy przez gościniec na drugą stronę, tuż obok
stojących oficerów. /.../ Szliśmy przez cały
Trościaniec, bo dziadek mieszkał jeszcze za młynem od
strony zachodniej. Kiedy zrobiło się ciemno, niemiecka
artyleria masowo strzelała od strony Olejowa w
kierunku Trościańca. Setki pocisków przelatywało nad
naszymi głowami, ale na szczęście spadały na pola i w
hnidawskim lesie. Za dziadkową stodołą siekły nieustannie
sowieckie ciężkie karabiny maszynowe. My w tym czasie,
gasząc światła przy zmarłym, skryliśmy się w piwnicy
dziadkowego brata. Kiedy zrobił się dzień, w zachodniej
części Trościańca panował spokój. Niemiecka pancerna
kolumna przerwała front jadąc do Załoziec, a później
gościńcem do Tarnopola, ale rosyjski dowódca nie
zrezygnował z walki. Zajął ponownie Nowe Załoźce. W tym
czasie Niemcy zajęli Stare Załoźce, tworząc istne piekło
nad rzeka Seret. A tymczasem stolarz kończył trumnę, a ja
czekałem cierpliwie końca pogrzebu...
W następnym
dniu około godziny 4-tej rano kondukt pogrzebowy ruszył w
stronę cmentarza, który znajduje się od wschodniej strony
Trościańca. Niemcy wydali rozkaz kierować sowieckich jeńców
na teren folwarkowy. Dwa dni później około 360 sowieckich
jeńców rozstrzelano u styku gościńca łączącego Trościaniec
- Załoźce - Zborów, którzy tam pozostali na
zawsze.
Po pogrzebie ja z matką kierowałem się w
stronę Reniowa. Poranna cisza, jaka panowała wokół nas,
dodawała odwagi. Kiedy zbliżyliśmy się do gościńca, tu i
ówdzie leżały sowieckie trupy, niektóre z nich przejechane
czołgami. Ja z matką znów kierowałem się na polne drogi.
Tym razem gościniec łączący Zborów - Załoźce był po
naszej lewej stronie. Nieopodal gościńca pod górką stało
sześć samochodów wojskowych, a obok na łące rozbite dwa
wozy i rozszarpane 4 konie. Kiedy znaleźliśmy się na
otwartym polu, słychać było warkot zbliżających się
dwóch motocykli. Na przyczepach mieli maszynowe karabiny,
jechali w kierunku Załoziec. Kiedy zbliżyli się na około
300 metrów, padła seria w naszym kierunku, a obok mnie na
polu podskakiwały okruchy ziemi. W tym czasie padłem na
ziemię, a moja śmierć nie zatrzymując się wjechała za
górkę i pozwoliła nam żyć dalej.
Kiedy wróciliśmy
do domu, dziękowałem Bogu za ocalenie. W tym czasie
sowieckie wojska opuściły Załoźce, a front przesunął się
dalej na wschód.
Oto krótki opis tego, co mnie
łączyło z Trościańcem.
Zmiana okupanta na terenie
dawnej Polski nie sprzyjała Polakom. Wszelka władza nadal
należała do Ukraińców, toteż goniono Polaków z końmi na
różne darmowe forszpany, gdzie osobiście byłem
wielokrotnie w Zborowie, Tarnopolu i wielu innych
miejscowościach, wykonując polecenie władz
ukraińskich.
Aż wreszcie zaczął się rok
1943-ci. Z początkiem lutego otrzymałem wezwanie zgłoszenia
się na komisję niemiecką wojskową w Tarnopolu. Po tej
komisji setki dziewiętnastolatków Polaków, w sumie 1200,
przymusowo podjęli pracę na stacji kolejowej w Tarnopolu.
Nieraz w głodzie i chłodzie, bo w 43-cim roku na wiosnę
ostatni śnieg padał 11-go maja. A z wyżywieniem to było to
tak: po pobudce o godz. 5-tej rano i po toalecie każda
drużyna dostała w kuchni pół litra gorzkiej kawy, 300 gr.
chleba i łyżkę sztucznego miodu lub margaryny. Po takim
śniadaniu w kolumnach marszowych maszerowano 5 kilometrów na
stację do pracy. Po powrocie z pracy około godz. 14-tej był
obiad, składający się z zupy, w której gotowano końskie
kopyta, zmarzłe kartofle i buraki ćwikły. Na drugie danie
była mała chochelka kartofli, poza tym żadnej kolacji nie
było.
Po pięciu miesiącach ojciec napisał
prośbę do władz Baudienstu, celem udzielenia mi urlopu na
żniwa, co potwierdził wójt z Reniowa. Na podstawie tej
prośby otrzymałem 10 dni urlopu, z którego skorzystałem. I
już więcej do koszar nie wróciłem, ponieważ zbliżający
się front sowiecki do tego zachęcił. Za niezgłoszenie się
do koszar w Tarnopolu otrzymałem pismo, że jeżeli się nie
zgłoszę, to czeka mnie rozstrzelanie, Rodzina pojedzie do
lagru, a majątek zostanie skonfiskowany. Toteż od tego czasu
jeszcze przez 7 miesięcy ukrywałem się z dala od domu
czekając na zmianę, aż wreszcie przy końcu marca 44-go
roku pojawiła się sowiecka partyzantka, która mi w tamtym
czasie stworzyła ulgę. I w ten czas pomyślałem, że to są
moi wyzwoliciele, bo gdyby nie oni, to prędzej czy później
byłbym rozstrzelany, tak jak zrobili ośmiu moim kolegom z
Tarnopola, złapanym w Tustogłowach koło Zborowa i później
rozstrzelanych pod stertami siana pod Tarnopolem.
A
póki co, to wojska sowieckie po wkroczeniu ponownym podjęły
ogólną mobilizację do lat 50, gdzie znalazłem się w
Sumach nieopodal Charkowa, gdzie w tym czasie tworzono już
4-tej dywizję Lud. Wojska Polskiego. Stąd po całkowitym
przemarszu na zachód 13 marca 1946 roku wróciłem na Śląsk
do Rodziców.
Oto krótki opis moich niektórych
przeżyć w moim życiu.
Dajczak Jan
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz