poniedziałek, 21 grudnia 2020

Fragmenty wspomnień Kazimierza Garbowskiego, syna Piotra i Anastazji urodzonego w Budkach Borowskich w 1928 roku (Swoimi uwagami w przypisach podzielił się Edmund W. Masajada)



Rodzina
Opisywaną wieś Budki Borowskie zamieszkiwało kilka klanów rodzinnych. Do najliczniejszych należały klany: Zalewskich, Kozińskich, Januszkiewiczów, Garbowskich i kilka innych pojedynczych rodzin jak Babiccy, Żurowie, Skobelscy.
Ja urodziłem się dnia 21 stycznia 1928 roku w rodzinie Garbowskiego Piotra i Anastazji z domu Czerwińskiej. Byłem trzecim w kolejności dzieckiem wymienionych małżonków, którzy posiadali potomstwo w kolejności: Franciszek - rocznik 1924, Zygmunt - 1926, Kazimierz 1928, Janina - 1932, Jadwiga - 1935, Jan - 1938 i Julian - 1939. To sprawiało, że niespełna sześciohektarowe gospodarstwo rolne nie wystarczało na utrzymanie licznej rodziny, stąd ojciec imał się różnorodnych prac dodatkowych. A że był na wsi tak zwaną "złotą rączką" dodatkowych zajęć nigdy mu nie brakowało. Ojciec był poszukiwanym w okolicy cieślą, traczem, budowniczym domów, dobrym kosiarzem, zdunem, bednarzem, kołodziejem, studniarzem itp. Życiowa zaradność ojca wynikała z tego, że jako ośmioletniemu chłopcu zmarła mu matka. Jego ojciec ożenił się po raz drugi, a macocha nie była przychylnie nastawiona wobec pasierba. Od tego czasu musiał on sam radzić sobie w życiu. Praca ponad siły była powodem słabego zdrowia i to dyskwalifikowało go w okresie przedwojennym do służby wojskowej. Potrzeba zarobkowania na siebie od maleńkości i niedbalstwa jego ojca sprawiły, że pozostał analfabetą. Mundur wojskowy ojciec musiał wdziać dopiero w 1944 roku, po wkroczeniu na przedwojenny obszar RP wojsk sowieckich i rozpropagowaniu tworzonego przez Berlinga wojska polskiego w ZSRR. Wojska sowieckie wkroczyły ponownie na wspomniane ziemie w Nowy Rok z 1943 na 1944 rok


Szeremeta
Nieopodal rodziców około 250m w linii prostej, przy drodze z Budek Borowskich do Netreby mieszkały dwie rodziny ukraińskie. Jedna o nazwisku Szeremeta a druga o nazwisku Czorny.
Gospodarz pierwszej rodziny, w ostatnich latach przed II wojną światową, rozpoczął budowę domu mieszkalnego.
Szeremeta do okupanta sowieckiego odniósł się nadzwyczaj przyjaźnie. Był jednym z tych, którzy budowali bramy powitalne sowietów wkraczających na te tereny dnia 17 września 1939 roku. Witał delegatów radzieckich kwiatami, chlebem i solą...
W 1941 ludność ukraińska poddana została wszelkim konsekwencjom państwa faszystowskiego, niezależnie od tego, iż niektóre formacje ukraińskie jawnie wspierały bądź były na służbie Niemiec faszystowskich. Przykładem może być Szeremeta, który wdział mundur policjanta ukraińskiego w służbie hitlerowskiej. Niezwykle sumiennie spełniał wszelkie rozkazy swoich hitlerowskich mocodawców, nie wyłączając zabijania ludzi. W swym czarnym uniformie z żółtymi wypustkami na czapce i mundurze, z bronią typu "Mauzer" lub KB dość często pojawiał się w swojej miejscowości, paradował przez wsie, okazując swoją wyższość wobec ludności polskiej a nawet swoich sąsiadów.
Eksterminacja ludności żydowskiej na okupowanych terenach spowodowała, że część tej ludności - po ucieczce głównie z miast - ukrywała się niewielkimi grupkami w okolicznych dość dużych masywach leśnych. Ludzie ci na ogół byli wspierani przez okoliczną ludność polską. Kontakty odbywały się przeważnie pod przykryciem nocy aby uniemożliwić rozpoznanie faktu udzielania pomocy Żydom. Za zabicie Żyda lub wskazanie miejsca jego pobytu albo wskazanie gospodarza przechowującego lub udzielającego pomocy takiej osobie - oczekiwała nagroda. Z całą pewnością można powiedzieć, że na taką nagrodę bądź wyróżnienie, a może awans liczył Szeremeta już w uniformie ukraińskiego policjanta. Okazją po temu była rzecz następująca. Był piękny, słoneczny, letni dzień, w godzinach przedpołudniowych 1942 roku. O tej porze zarówno w przydomostwach jak i na polach trwała wytężona praca. Nagle pojawiła się dziewczyna ubrana w bardzo jaskrawo czerwono-różową jedwabną lub atłasową sukienkę. Dziewczyna pokonując dość szybko wiejskie opłotki zmierzała w kierunku masywu leśnego. Dziewczyna z widzenia była mi znana. Miała około 14-16 lat. Przedtem mieszkała z rodziną w miasteczku Rokitno. Tego dnia zmierzała do swoich bliskich, którzy - jak się później okazało - schronili się w specjalnie wzniesionych szałasach na przeciwległym skrawku masywu leśnego. Sylwetkę dziewczyny po jej jaskrawym kolorze sukienki dostrzegł nasz sąsiad policjant i nie namyślając się zaczął do niej strzelać. Pierwsze strzały z uwagi na odległość nie wyrządziły uciekającej większej szkody. Żydóweczka zaczęła biegiem zbliżać się do masywu leśnego. Nasz nacjonalista strzelając nadal rozpoczął bieg w kierunku lasu usiłując przeciąć dziewczynie drogę ucieczki. W lesie dziewczyna miała minimalną szansę ucieczki bądź ukrycia się w zaroślach, z uwagi na demaskujący ją kolor sukienki. Ostateczny rezultat pogoni i strzelania za dziewczyną nie jest piszącemu znany. Po tym polowaniu na Żydówkę nasz nacjonalista ukraiński niebawem zabrał swoją rodzinę i wszelki ślad po nim zaginął. Nie było go także po ponownym wkroczeniu na te tereny władzy radzieckiej w 1944-45 roku.

Czorny
Nieco inaczej sąsiedztwo układało się z drugim Ukraińcem o nazwisku Czorny. Pozornie wyglądało ono na wzajemną życzliwość i bezinteresowną w razie potrzeby pomoc. Potwierdzeniem powyższego może być między innymi to, że matka moja Anastazja została matką chrzestną jednego z synów Czornego czyli popularnie zwaną kumą. Chrzestna była wyznania rzymsko-katolickiego podczas gdy rodzina chrześniaka była wyznania prawosławnego bądź greko-katolickiego. W takim przypadku chrztu musiał udzielić pop w cerkwi. Tak też się stało. Małżeństwo Czornych nie posiadało gospodarstwa rolnego. On przed wojną trudnił się drobnym rzemiosłem a ona dorywczo krawiectwem. Posiadali przed wojną dwóch synów - jeden miał około 8-10 lat, a drugi 4-5. Jesienią 1943 roku urodził się trzeci potomek. O stosunku Czornego do Polaków może świadczyć takt następujący. Była Wielkanoc 1942 roku. Czorny odwiedził moich rodziców, którzy poczęstowali kuma świątecznymi wypiekami i domowej roboty nalewką. W czasie swobodnej wymiany zdań na tematy bieżące rozmowa zeszła na jeszcze nieliczne ale mające już miejsce wypadki mordowania Polaków przez nacjonalistów ukraińskich. Na pytanie co kum o tym sądzi, ten bez zająknięcia oświadczył, że jeśli do mordowania dojdzie na szerszą skale, to sam w pierwszej kolejności rodzinę polskiego kumostwa zamorduje. Dał tym samym do zrozumienia, że z Polakami nie może być żadnego kumania się. W parę tygodni po tej rozmowie, wobec nasilenia się barbarzyńskich mordów, ludność polska opuściła domostwa, chroniąc się w okolicznych masywach leśnych.
Nie przeżył do wyzwolenia ... nasz sąsiad Czorny. Jak wieść niosła zginął on z rąk partyzantów za organizowanie podsłuchów narad partyzanckich i donoszenie swoim ukraińskim mocodawcom nacjonalistycznym. Nie doczekała lepszych i spokojniejszych czasów także jego rodzina. Po spaleniu przez hitlerowców domostwa jego żona z dziećmi zamieszkała na pogorzelisku w luźno stojącej ocalałej komórce (spiżarni). W tej komórce Elena urodziła w końcu 1943 roku kolejne dziecko. Rodzinie Czornego nie była sądzona długowieczność życia. Z dnia 6 na 7 grudnia 1943 roku pod nieobecność partyzantki radzieckiej, która została wycofana do innych zadań1 przed nacierającym na zachód frontem, nacjonaliści ukraińscy, wykorzystując tę okoliczność, napadli na wsie polskie: Budki Borowskie, Okopy i Dołhań, zabijając niemal wszystkich mieszkańców zastanych w posiadłościach w liczbie około pięćdziesięciu osób. Żona Czornego Elena pozbawiona została życia strzałem karabinowym, najstarszy syn zginął cięty wzdłuż ciała siekierą. Kilkumiesięczne dziecko trzymane na rękach matki zamarzło, gdyż zabójcy opuszczając komórkę zostawili na oścież otwarte drzwi. Z całej rodziny pozostał przy życiu chrześniak mojej matki. Chłopiec skrył się za snopami żyta, gdzie nie został zauważony przez zabójców matki i pozostałego rodzeństwa. Mord na rodzinie Czornych był podwójnie haniebnym, ponieważ dokonany został przez Ukraińców na rodzinie nacjonalisty ukraińskiego. W jego następstwie powstało kilka skomplikowanych sytuacji. W pierwszej kolejności należało zorganizować siłami rodzin polskich pogrzeb pomordowanych z wykorzystaniem miejsca na cmentarzu katolickim. Było to konieczne ponieważ cmentarze prawosławne położone były w obrębie wrogich miejscowości ukraińskich. Z tego też powodu nie można było powiadomić nikogo z bliskich rodziny Eleny Czornej. W tej sytuacji pogrzeb Eleny z dwojgiem jej dzieci zorganizowały rodziny polskie. Pochowani oni zostali na cmentarzu katolickim we wsi Okopy obok innych osób bestialsko zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich nocą z 6 na 7 grudnia 1943 roku. W owym czasie do rozwiązania pozostał los cudem ocalałego przy życiu 8-letniego chłopca Czornego, W tym przypadku chodziło o szybkie zabranie go z komórki, w której był naocznym świadkiem bestialskiego mordu matki i rodzeństwa, zapewnienia mu opieki warunków dalszego życia a w perspektywie także wychowania. Osobą, która niejako z obowiązku powinna się tym zając była jego matka chrzestna czyli Anastazja Garbowska. Ta mając siedmioro własnych dzieci w wieku między 3 a 19 rokiem życia, nie zawahała się przed jak najszybszym zabraniem chłopca do siebie, traktując go jako jeszcze jednego członka rodziny. Wieść o uratowaniu chłopca dotarła także do wsi ukraińskiej Netreba, gdzie zamieszkiwała między innymi bratowa Eleny Czornej.
Bratowa była mężatką samotną, oczekującą powrotu męża z wojny. Właśnie ona po jakimś czasie zgłosiła się do tymczasowej opiekunki i zabrała do siebie chłopca, stając się jego dalszą żywicielką i stałą opiekunką. Dalszy kontakt chrzestnej z chrześniakiem został przerwany jej przeprowadzką do miasta Rokitno oraz wyjazdem do Polski w ramach repatriacji.

Rodzina Koreńczuk 1
Miałem kolegę, z którym łączyła mnie wspólna nauka, zabawy oraz wspólne, do pewnego czasu, tułacze niewygody leśnego życia. Pochodził on z rodziny polsko-ukraińskiej. Matka z domu Garbowska wyszła za Ukraińca Koreńczuka. Na ich potomstwo składało się dwóch synów i córki Helena. Jednego z synów - starszego - uważałem za dobrego kolegę. W szkole zajmowaliśmy jedną ławkę, z nim wymieniane były wiadomości zdobywane w szkole, które mu trudniej przychodziły. Ponad wszystko imponował i wzbudzał zazdrość nadzwyczaj wyszukanym charakterem pisma. Do połowy 1943 roku jego rodzina, razem z Polakami, przebywała w obozowisku leśnym po południowej stronie przedwojennej granicy polsko-radzieckiej. Nagle pewnego dnia - po obudzeniu - stwierdzono, że Koreńczuk z całą swoją rodziną zniknął z obozowiska. Jak się okazało uciekł do swoich czyli nacjonalistów ukraińskich. Zrobił to na ich polecenie. Chcąc jednak jak najszybciej opuścić w porze nocnej dotychczasowe obozowisko, do swojego jednokonnego zaprzęgu dołączył, a właściwie skradł, jedynego konia swojego szwagra Zygmunta Garbowskiego. Co się zaś tyczy synów małżeństwa Koreńczuk to stali się oni aktywnymi członkami band ukraińskich. Nie dało się potwierdzić wiadomości, że wiosną 1944 roku obaj szwagrowie spotkali się w niezwykłych okolicznościach. Koreńczuk w czasie jednej z potyczek band ukraińskich z członkami "Istriebitielnych batalionów" został zatrzymany i dostarczony do aresztu w mieście Rokitno w oczekiwaniu na dalszy transport zsyłkowy w głąb Związku Radzieckiego. W tym przypadku niezwykłość sytuacji polegała na tym, że szwagier Zygmunt Garbowski tej doby był jednym z wartowników ochraniających areszt. Był bowiem jednym z 1927 rocznika, którzy odbywali obowiązkowe przeszkolenie wojskowe zmobilizowani do wojska.2

Rodzina Koreńczuk 2
We wsi Budki Borowskie zamieszkiwała także inna rodzina Koreńczuk. Składała się ona z dwojga rodziców - już w podeszłym wieku - i czwórki dzieci - trzech synów i córki. Zasługuje ona na uwagę ze względu na splot różnych czynników. Gospodarstwo rodziny położone było na granicy dwóch wsi: Budek Borowskich i Borowego czyli wsi ukraińskiej. Niewątpliwie starsi już rodzice byli i pozostali Ukraińcami. Natomiast córka wychodząc za mąż za katolika Zalewskiego przeszła na katolicyzm (po wojnie z nową rodziną zamieszkała w okolicach Żmigrodu w województwie wrocławskim). Podobnie na katolicyzm przeszło dwóch jej braci, w tym najmłodszy Paweł. Wprawdzie przejście na katolicyzm odpowiadało doktrynie politycznej II RP i kościoła katolickiego, to jednak nie dało się zauważyć, aby w przypadku omawianej rodziny, przejście to było wykorzystywane koniunkturalnie. Cała rodzina nie była nastawiona antypolsko. Można wnioskować, że na powyższe złożyło się wiele czynników. Jeden z synów - najstarszy - w 1944 roku został w ramach powszechnej mobilizacji wcielony do Wojska Polskiego, organizowanego w okolicach Sum na Ukrainie. W czasie transportu jednostki na zachód zdezerterował z pociągu i rozpoczął ukrywanie się. Młodszy od niego wstąpił w 1943 roku w szeregi partyzantki radzieckiej, a w miarę zbliżania się frontu został wycofany na tyły i skierowany w głąb ZSRR do obsługi obozów jeńców niemieckich. Najmłodszy z rodzeństwa - Paweł to mój nieoceniony kolega od ławy szkolnej po wszystkie niedogodności okupacji sowieckiej i niemieckiej.

Cmentarz w Okopach
Parafialny cmentarz w Okopach założony i urządzony został w drugiej połowie lat trzydziestych. Na tym cmentarzu pochowani zostali - bestialsko zamordowani nocą z 6 na 7 grudnia 1943 roku przez nacjonalistów ukraińskich w Budkach Borowskich Okopach i Dołhani:
- Czorna Elena z dwojgiem dzieci;
- Gwozdek Stanisława;
- Januszkiewicz Janina;
- Koreńczuk Jan i Edward oraz dziecko Koreńczuk Michaliny;
- Kozińscy: Bronisława i Jan z synem Janem;
- Lech Teofil;
- Mojko Władysława i Tadeusz;
- Skobelscy: Kamila i Bronisław oraz ich trzymiesięczny syn;
- Stawarz Maria;
- Zalewscy: Rozalia i Jan rodzeństwo 14 i 15 lat, Jadwiga i jej mąż Antoni, Teofila i jej syn Antoni, Rozalia i Rafalina.oraz Adela, Ludwika, Regina i Stanisława.
- oraz uprowadzony z kościoła w Okopach i zamordowany, cieszący się ogromnym mirem, w tym części ludności ukraińskiej, ksiądz katolicki Ludwik Wrodarczyk.3
Obok zbiorowej mogiły osób zamordowanych w nocy z 6 na 7 grudnia 1943 roku - o czym już wspomniano - spoczywają tu między innymi:
- Stanisław Zalewski leśniczy i Jan Marcinka gajowy - rozstrzelani na podstawie donosu Ukraińców bez sądu przez wkraczających w 1939 roku Czerwonoarmistów;
- Wincenty Garbowski - mój dziadek, a ojciec Adama, Piotra, Anastazji, Klemensa i Ludwiki Garbowskich oraz ojczym Adama Rudnickiego. Wincenty będąc sparaliżowanym, przykuty do łóżka, pozostał we własnym domostwie, ze swoją drugą żoną (imienia już nie pamiętam) matką Ludwiki i Adama a macochą pozostałych. Ponieważ na zewnątrz mieszkania była upalna pogoda żona wystawiła do sadu łóżko i ułożyła na nim chorego. Tam zastali ich oboje i zastrzelili żołdacy niemieccy4. W pełnym rozkładzie ciał, po kilku dniach, odnaleźli ich bliscy i w jednej trumnie, zbitej ze zwykłych desek, pochowali na cmentarzu;
- Dwaj małoletni synowie (imion nie pamiętam) Aleksandra Koreńczuka;
- Apolonia Lech, zamordowana w 1944 roku na drodze z miasta Rokitna do Kisorycz;
- Dwaj żołnierze KOP (nazwisk nie pamiętam), którzy polegli w potyczce granicznej stawiając opór okupantowi radzieckiemu, wkraczającemu na ziemie polskie w 1939 roku.

Nauczyciele
Biorąc pod uwagę politykę wobec ludności, zwłaszcza niepolskiej, na tych terenach, stosowaną przez II Rzeczpospolitą - nauczycielami w szkole byli specjalnie dobrani i przygotowani pedagodzy z Polski centralnej. Podobnym doborem objęci byli wszyscy bez wyjątku urzędnicy (np. gajowi, leśnicy, nadleśnicy, starostowie, wójtowie, policjanci itp.)5, kierowani do pracy i służby na tych terenach. Szczególnym "zaufaniem" darzono rodziny legionistów. Wśród stałych mieszkańców było kilku osadników Piłsudskiego z przeszłością legionową (np. Antoni Januszkiewicz i Adam Garbowski). Ludność polska na tych terenach była osiadła z pradziada. Ustanowiona po l wojnie światowej granica państwowa wiele rodzin podzieliła. Na podkreślenie zasługuje działalność nauczycieli. Można bez przesady mówić o ich wszechstronnym przygotowaniu do zawodu w pojedynkę i w najtrudniejszych warunkach.
Nie jest bowiem tajemnicą, że większość szkół była czteroklasowa z obowiązkowym powtarzaniem trzeciej i czwartej klasy. Do przypadków należały szkoły o większej niż jednoosobowej obsadzie nauczycielskiej. Stąd zawód nauczyciela wymagał wszechstronnych uzdolnień od robót ręcznych i posługiwania się jednym z instrumentów muzycznych po podstawowe przedmioty takie jak język polski, matematyka, fizyka, geografia, śpiew, prace ręczne itp. Obok powyższych uzdolnień nauczyciele kierowani do pracy na Kresach Wschodnich, posiadali na ogół dobre rozeznanie co do miejscowych zwyczajów oraz tradycji świątecznych i rodzinnych. Szybko więc adaptowali się do środowiska, w którym przychodziło im żyć i pracować, często inicjować i organizować życie społeczności wiejskiej. Te wszystkie warunki z powodzeniem spełniali nauczyciele w Budkach Borowskich.
Wieś Budki Borowskie posiadała własną szkołę podstawową. Do szkoły uczęszczały dzieci okolicznych mieszkańców wsi polskich i ukraińskich.
Zostałem pierwszoklasistą miejscowej szkoły mieszczącej się w wynajmowanym od gospodarza Babickiego pomieszczeniu. Była to szkoła czteroklasowa - typowa dla przedwojennej wsi - o jednoosobowej obsadzie nauczycielskiej. Klasy były łączone - pierwsza z drugą a trzecia z czwartą, przy czym dwie ostatnie klasy były obowiązkowo dwuroczne, chyba że decydowało się przenieść do wyższych klas w innej szkole - przeważnie położonej w mieście. Po dwurocznej czwartej wiejskiej klasie była możliwość zostania szóstoklasistą z pominięciem klasy piątej. Moją pierwszą nauczycielką była Pani Stefania Rybacka - żona nadleśniczego w Borowem6. Codziennie do szkoły dojeżdżała parokonnym wozem sama powożąc parą dorodnych rumaków. Była pedagogiem konsekwentnym i wymagającym. Według mojej oceny dobrze uczyła ale też często korzystała z dopuszczalnego przez prawo stosowania wobec uczniów kar cielesnych. W domu na temat stosowanych w szkole metod wychowawczych nie można było skarżyć się, gdyż zawsze rację przyznawano nauczycielowi. Takie stanowisko było efektem tego, że matka bardzo słabo czytała wyłącznie pismo drukowane (np. gazetę), a ojciec był zupełnym analfabetą. Stąd rodzice wymagali samodzielności w nauce, obecności w szkole i solidności w domowym przygotowaniu się do zajęć szkolnych. Kontakt rodziców ze szkołą był na tyle bieżący, że o wagarach lub opuszczaniu pojedynczych lekcji nie mogło być mowy.
Drugim moim nauczycielem w ostatnich latach przedwojennych był Pan Ignacy Mikołajczak7. Szkoła przeniosła się do specjalnie wzniesionego obiektu. Poprawie uległy warunki nauczania. Zorganizowane zostało szkolne dożywianie dzieci biednych rodziców. Wiosną 1939 roku ukończyłem pierwszy rok czwartej klasy i uzyskałem promocję na drugi rok, w roku szkolnym, który rozpoczynał się we wrześniu. Jednak tego miesiąca nauczanie w szkole zostało przerwane wobec wkroczenia na ziemie polskie okupacyjnych wojsk sowieckich.
Fotografia, jedyna jaką posiadam, przedstawia uczniów szkoły w Budkach Borowskich w latach 1937-38. Widoczny jest nauczyciel Ignacy Mikołajczak w otoczeniu uczniów wszystkich klas.
W sąsiedniej wsi Okopy nauczycielką była Pani Felicja Masojada, kobieta o dobrze zarysowanej, puszystej sylwetce. Podzieliła ona los wielu mieszkańców Kresów. Los ten był tragiczny bowiem w czerwcu 1943 roku w czasie powrotu z Rokitna do domu we wsi Kisorycze została zatrzymana przez nacjonalistów ukraińskich, którzy po stwierdzeniu że jest Polką, powiesili ją na drzewie i po zadaniu nożami kilkunastu ran kłutych zamordowali. Razem z nią zamordowani zostali gospodyni domowa i piastunka syna Edmunda zwana "Citką"8 oraz woźnica Kacper Koziński. Drugim nauczycielem w Okopach był Pan Leonard Bieńkowski - oficer rezerwy w stopniu porucznika9.
Wszyscy wymienieni nauczyciele byli ludźmi młodymi i energetycznymi. W stosowaniu kar posługiwali się tym co mieli pod ręką jak rózga, pas skórzany, laska, witka wierzbowa itp.

Ignacy Mikołajczak
Panu Mikołajczakowi w tym miejscy warto poświęcić kilka słów dodatkowo. Pochodził z tak zwanej Polski Centralnej. Przybył do Budek Borowskich z ojcem10. Zamieszkali u gospodarza Jana Kozińskiego, przy czym ojciec Ignacego Mikołajczaka ujawnił nieprzeciętne wiadomości i zdolności rolnika, pomagając wynajmującemu kwaterę we wzorowym prowadzeniu gospodarstwa rolnego.. Syn natomiast bez reszty zaangażował się w nurt życia szkolnego, za którego organizację był odpowiedzialny. Jak każdy przedwojenny nauczyciel zawsze posiadał pod ręką linijkę lub rózgę, którymi niezbyt chętnie ale w razie potrzeby posługiwał się. Uczniów rózgą "wyróżniał" za czyny popełniane w szkole lub na jej terenie ale także poza szkołą. Inaczej mówiąc był w pełnym tego słowa znaczeniu wychowawcą młodzieży w wieku szkolnym.
Będąc młodym, pełnym zapału i energii skupił wokół siebie uczniów i rodziców. Był człowiekiem wielce szanowanym. On organizował uświetnienie uroczystości państwowych. Uczył przywiązania do historii i tradycji narodowych. Prowadził nas na grób nieznanego żołnierza poległego w wojnie polsko -bolszewickiej 1921 roku i pochowanego po prawej stronie drogi prowadzącej z Budek Borowskich do Borowego.
Razem z odchodzącymi z granicy żołnierzami strażnic KOP, 17 września 1939 roku, na jakiś czas potajemnie zniknął11, zabierając ze sobą dwóch członków organizacji "Strzelec" - mego brata Franciszka Garbowskiego i Stefana Zalewskiego. Będąc oficerem rezerwy i prawdopodobnie komendantem miejscowego "Strzelca" - wszyscy oni udali się w głąb Polski z zamiarem wzięcia udziału w obronie kraju. Jak podaje Leon Żur wymieniony pod Szackiem w okolicach Ratna na Polesiu wziął udział w bitwie stoczonej w 1939 roku z Armią Czerwoną.
Gdy okazało się, że obrona kraju jest bezskuteczna a przedostanie się za rzekę Bug niemożliwe wszyscy trzej po niespełna trzech miesiącach cichaczem powrócili do Budek Borowskich.
W czasie jego nieobecności władze sowieckie uruchomiły szkołę pod jednoosobowym kierownictwem pedagogicznym siostry popa z pobliskiej wsi Borowe. Nazwiska jej nie pamiętam. Na terenie szkoły oraz w czasie wszystkich lekcji obowiązywał wyłącznie język rosyjski12 z wyjątkiem jednej lekcji tygodniowo języka polskiego. Nauczyciel Mikołajczak - prawdopodobnie po zasięgnięciu opinii swej poprzedniczki nauczycielki Ukrainki - wytypował trzech uczniów, którzy w największym stopniu już opanowali język rosyjski. Byli to uczniowie: Kazimierz Rudnicki, Ignacy Koziński i ja. Przez jakiś czas po lekcjach zgłaszaliśmy się się na kwaterze nauczyciela i na głos czytaliśmy mu wybrane fragmenty obowiązujących w szkole lektur. Było to dla wymienionej trójki zaszczytem, gdyż czytali przed lubianym nauczycielem a jednocześnie trudnym i krępującym zadaniem. Faktem jest, że Pan Mikołajczak, prawdopodobnie sprostał podstawowym wymaganiom okupacyjnych władz sowieckich skoro pozwoliły mu nauczać w szkole w języku rosyjskim13. Czynił to z powodzeniem do czasu wybuchu wojny sowiecko - hitlerowskiej w 1941 roku. Z perspektywy czasu można powiedzieć, iż należał do szczęśliwców, jeżeli nie został zdemaskowany jako przedwojenny oficer i nie podzielił losu przedwojennej kadry wojskowej. Dalsze jego losy to okres partyzantki i lata powojenne ale na ten temat niewiele wiem.
Był oficerem rezerwy w stopniu podporucznika. Mając przed oczami przedwojenną sylwetkę Ignacego Mikołajczaka w mundurze wojskowym w randze podporucznika, chcę podjąć polemikę z Leonem Żurem, który wymienionego Ignacego degraduje do roli szefa kompanii w oddziale partyzanckim imienia "Czapajewa" a w drugim miejscu stwierdza, że stopnia oficerskiego dorobił się w partyzantce. Według posiadanego rozeznania szef kompanii to funkcja typowa dla podoficera a nie oficera14. Tezę tę potwierdza Czesław Dęga, który wymienia porucznika Ignacego Mikołajczaka (drugi wśród członków grupy w składzie 56 osób, która rozkazem personalnym 014 z dnia 2.06 i nr 008 z dnia 21.06.1944 roku, podpisanym przez Aleksandra Zawadzkiego została wyznaczona w charakterze skoczków spadochronowych do wykonania specjalnego zadania na tyłach niemieckich w rejonie lubelszczyzny15.

Partyzanci
Z trzech wsi polskich Budek Borowskich, Okopów i Dołhani wstąpiło do partyzantki ponad pięćdziesiąt młodych mężczyzn. Najwięcej do oddziału, którym dowodził Piotr Szewczuk. W walce z okupantem i nacjonalistami ukraińskimi poległo kilkunastu. Byli to: Jan Rudnicki, Władysław Skurzyński, Alfred Zalewski, Piotr Żelazko, Hieronim Boczkowski, Lucjan Ciołkowski16, Dominik Koziński i Teofil Lech. Leon Żur wśród poległych w partyzantce wymienia także mego brata Franciszka Garbowskiego. Franciszek w partyzantce odniósł jedynie lekką, powierzchowną ranę postrzałową. W kwietniu 1944 roku nagle zjawił się w domu i po kilku dniach pobytu zdecydował się wstąpić do wojska. Było to jego ostatnie widzenie z rodziną. Ojciec po powrocie z wojny opowiedział, że pewnego dnia (daty nie zapamiętał) w czasie marszu szosą lubelską pod Warszawę zauważył syna Franciszka jadącego samochodem w kierunku Lublina. Będąc w drodze wymienili między sobą jedynie krótkie żołnierskie pozdrowienia. Franciszek z wojny nie wrócił. Po dłuższych staraniach poszukiwawczych Polski Czerwony Krzyż pisemnie powiadomił rodziców, że podporucznik Franciszek Garbowski, syn Piotra i Anastazji, we wrześniu 1944 roku zginął pod Warszawą w bliżej nieznanych okolicznościach.

Ministrantura
Ministrantem zostałem, żeby zaimponować rówieśnikom w komży i kolorowej pelerynce. O służenie do mszy w kościele rywalizował ze mną mój starszy brat Zygmunt.
Grono ministrantów przy kościele w Okopach powstało w ostatnich kilku latach przed II wojną światową. Faktycznie zostało zorganizowane dopiero po przybyciu na stałe i obsadzeniu parafii w Okopach przez księdza Ludwika Wrodarczyka. było to w roku 1939. Razem z księdzem przybył do parafii w charakterze jego pomocnika zakonnik Karol Dziemba17, nazywany przez nas "Bratem". To on zainspirował, organizował i nauczał posługi ministrantów licznego grona miejscowych chłopców. Byli to między innymi: Leon Żur, Marian Zalewski (przezywany "Niuśko"), Jan i Kazimierz Rudniccy, Hieronim Zalewski, Zygmunt i Kazimierz Garbowscy oraz Władysław Garbowski. Wszyscy oni rolę ministrantów traktowali jako coś zwyczajnego w młodzieńczym wieku, jako jeszcze jedną przygodę. Nie dotyczyło to jednak Władysława Garbowskiego, który ministranturę potraktował bardzo poważnie, jako wstęp do przyszłej kariery i zawodu księdza lub duchownego. Dało się to zauważyć w codziennym jego zachowaniu, a nawet po wyzwoleniu, by podjąć praktyczne starania aby zamiar ten urzeczywistnić. Na przeszkodzie pozostania księdzem lub duchownym prawdopodobnie stanęła poważna kontuzja głowy, jaką odniósł jako żołnierz w czasie działań wojennych.
Jako ministrant uczestniczyłem z księdzem Brunonem Wyrobiszem z parafii Rokitno w przechodzenie na wyznanie rzymsko - katolickie całych, licznych rodów i wsi wyznania grecko -katolickiego i prawosławnego
Uczestniczyłem także w roli ministranta w czasie gdy ksiądz chodził po tak zwanej "kolędzie". Muszę przyznać, że ksiądz Wrodarczyk, któremu przez kilka dni ministrantowałem po kolędzie nie nadużywał gościnności parafian, brał co łaska. Pamiętam, że na zakończenie dnia ksiądz zatrzymał się w Okopach u nauczycielki Felicji Masojady. Był skromny poczęstunek, a mnie urzekła pięknie ubrana choinka, którą do dziś zapamiętałem i rowerek trójkołowy18, którym po domu jeździł syn nauczycielki Edmund Masojada.


Wyboru i redakcji z notatek autora dokonał Zbigniew Garbowski - syn Kazimierza
Śródtytuły autora redakcji.

Wspomnienia spisywane były w latach 1990 - 1998. Kazimierz zmarł w 2000 roku w Warszawie


Uwagi do wspomnień zamieścił Edmund W. Masajada.
*1 - Partyzanci działający na omawianym obszarze przekroczyli front kilka dni przed zniszczeniem (6/7.12.1943) przez Ukraińców polskich wsi Budki Borowskie, Dołhań i Okopy, co zresztą umożliwiło to zniszczenie. Na terenach położonych nad Słuczą (Ludwipol, Stara Huta i okolice, gdzie było skupisko 36 wsi polskich pozostała silna grupa radzieckich partyzantów oraz dość duży oddział AK „Wujka – Bomby”. Oddziały radzieckiego Zgrupowania Partyzanckiego kpt. Iwana I Szytowa (które w owym czasie liczyło 3900 ludzi) po pobraniu wyposażenia wojskowego, pozostawieniu rannych i ciężko chorych powróciły na poprzednie bazy cztery tygodnie przed nadejściem frontu i były przygotowane do uczestnictwa w walkach frontowych na „Zasłuczu”, w tym zdobycia Mokwina, Kostopola i Łucka. Zapewne w tym okresie Koreńczuk pozostał lub został skierowany na tyły.
*2 - Rocznik 1927 nie podlegał mobilizacji. Wiem o tym z własnego doświadczenia (jestem rocznikiem1927), musiałem zgłosić się jako rocznik 1926, gdyż nie chciano przyjąć mnie do wojska, mimo ośmiomiesięcznego udziału w walkach radzieckich oddziałów partyzanckich. 
*3 – Cmentarz został założony na początku września 1939 roku. Na cmentarzu NIE leży proboszcz ks. Ludwik Wrodarczyk, OMI. Został on uprowadzony do Karpiłówki i tam 10 grudnia 1943 lub trochę później został okrutnie zamęczony i początkowo zakopany w obejściu Ukraińca Bryczki, a kiedy zbliżał się front jego szczątki, w obawie przed represjami, zostały przeniesione na bagnistą łąkę. Po wojnie łąka została zmeliorowana (przemieszczono tysiące metrów sześciennych ziemi, głównie torfu, i poszukiwania szczątków ks. Wrodarczyka nie przyniosły rezultatu mimo dużego zaangażowania zmechanizowanego sprzętu i ludzi z pobliskich kołchozów. Dużą pomoc okazały miejscowe władze ukraińskie, a szczególnie Dyrektorka Szkoły Średniej w Borowem pani Larysa Rudyk. Ta sprawa, oparta na zorganizowanych w tym celu dwóch wyprawach została także zrelacjonowana przez Leona Żura w książce jego autorstwa „MÓJ WOŁYŃSKI EPOS” – Wydawnictwo HAŃCZA Suwałki 1997.
*4 – dodałbym: ekspedycji karnej. 
*5 – Nauczyciele nie byli specjalnie dobrani. Wiem to na przykładzie mojej matki, Leonarda Bieńkowskiego (Okopy), Stanisława Dudy (Borowe, później Dołhań), Stefanii Rybackiej – Ukrainki (początkowo Budki Borowskie, później Borowe), Ignacego Mikołajczaka (Budki Borowskie), Juliana Jerzego Nowosielskiego (początkowo Dołhań, później Derć) i innych. Pracownicy Lasów Państwowych byli natomiast często współpracownikami placówek II Oddziału. 
*6 – Stefania Rybacka była żoną leśniczego Józefa Rybackiego, który do ok. 1937 roku był leśniczym w Nadleśnictwie Karpiłówka , a później został przeniesiony do nowego leśnictwa Czarna Niwka pomiędzy Borowem, a Dermanką. 
*7 – Bezpośrednio w tekście poprawiono nazwisko Mikołajczyk, na prawidłowe: Mikołajczak. 
*8 - „Citka” – Elżbieta Jeż była staruszką ok. 70 – 75 letnią i nie była już ani gosposią, ani piastunką . Te określenia mogły się odnosić do wcześniejszego okresu, kiedy była służąca. Z rodziną Masojadów była związana od wczesnej młodości, kiedy miała 15 lat i była sierotą mieszkającą w nie ogrzewanej komórce, głodującą i marznącą. Była piastunką wszystkich dzieci Masojadów od 1898 roku, aż do emerytury. Faktycznie była na starość szanowanym członkiem rodziny. Nie została zamordowana razem z Felicją Masojada i Kacprem Kozińskim, tylko gdzieś po drodze, została pewnie zatłuczona i wrzucona do studni koło spalonej polskiej zagrody. Wracała na gorące prośby przywiązanego do niej Edmunda, z Rokitna, gdzie była „na przechowaniu: u polskich przyjaciół Stanisława i Aurelii Dudów. 
*9 – Podporucznik rezerwy Leonard Bieńkowski, syn Romualda, ur. W 1912 r., nauczyciel we wsi Okopy został w ostatnich dniach sierpnia 1939 roku powołany w ramach mobilizacji do wojska i po agresji radzieckiej trafił do niewoli. Przebywał w oficerskim obozie jenieckim w Kozielsku, skąd przewieziono go z partią polskich oficerów do Katynia i tam został rozstrzelany pomiędzy 1, a 5.04.1940 r. 
*10 – Przybył sam w 1936 r. a ojciec przyjechał w 1937 lub 1938 r .
*11 – Nauczyciel z Budek Borowskich, Ignacy Mikołajczak, nie był zmobilizowany i 17 września 1939 roku, dołączył do wycofującej się 2 kompanii KOP „Borowe” (dowodzonej przez por. Mieczysława Matyjaska), 2 Batalionu KOP „Berezne” (dowodzonego przez mjra Antoniego W. Żurowskiego), która w ramach Pułku KOP „ Sarny” (dowodzonego przez ppłka Nikodema Sulika) podążała na zachód w celu połączenia się z walczącą do końca przeciwko Niemcom, Grupą Operacyjną gen. Kleberga. W skomplikowanej sytuacji związanej z wkraczającą nieoczekiwanie Armią Czerwoną, Pułk KOP nie mógł posuwać się najkrótszą drogą. W rejonie pomiędzy Stepaniem i Rafałówką nastąpiło zasadnicze połączenie oddziałów KOP maszerujących ze wschodu w Grupę Operacyjną KOP gen. bryg. Wilhelma Orlik-Rückemana. W dniu 28 wrześnie 1939 r. miała miejsce największa bitwa tej Grupy Operacyjnej z bolszewikami. Na Polesiu w okolicy Szacka, w pobliżu Ratna, napotkano 52 Dywizję Strzelecką Armii Czerwonej. O godz. ósmej rano rozpoczął się bój, podczas którego zadano bolszewikom znaczne straty, mi. zniszczono 12 radzieckich czołgów i wzięto do niewoli ponad dwustu czerwonoarmistów. W zniszczeniu czołgów bardzo aktywnie uczestniczył Ignacy Mikołajczak (po powrocie mówił tylko o zniszczeniu 11 czołgów, jednak po wojnie okazało się, że w sumie było ich 12 lub 13 – ten trzynasty był czołgiem –amfibią). 1 października, ze względu na brak amunicji i innego zaopatrzenia, Grupa Operacyjną KOP została rozwiązana, a duża liczba oficerów i żołnierzy przedarła się do Warszawy i innych miast, uczestnicząc później w polskim podziemiu. Wielu z nich walczyło później w szeregach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Chwalebną kartę zapisali także w II Korpusie gen. Wł. Andersa podczas walk o Monte Casino. Po rozwiązaniu grupy Operacyjnej KOP. Ignacy Mikołajczak zbliżając się do rodzinnego miasta stał się, w pobliskim lesie, przypadkowym świadkiem rozstrzeliwania dużej grupy osób (i co dziwniejsze, w tym kilku żołnierzy Wehrmachtu). Nie zabawił tam długo i podjął decyzję powrotu na Wołyń, gdzie pozostawił ojca. Opisałem to na podstawie swojej wiedzy opartej na bliskich kontaktach z Ignacem Mikołajczakiem oraz z oficerami i żołnierzami KOP-u, a także ich wspomnieniach i informacjach zawartych różnych wydawnictwach, np.: „Wspomnienia nie tylko o Pułku KOP „Sarny” – dra Henryka Dąbkowskiego, relacji mjra Antoniego Żurowskiego, „OD SARN DO 2 KORPUSU GENERAŁA ANDERSA” – Zofia Sulik-Żaba, „OKRUCHY WSPOMNIEŃ” – Nikodem Sulik, Wspomnień dowódcy GO KOP gen. Wilhelma Orlik-Rückemana i innych.
*12 – Uczęszczałem do takiej samej szkoły w Okopach i nie pamiętam, by istniał obowiązek posługiwania się na terenie szkoły tylko w języku rosyjskim, którego wówczas jeszcze tu nie znano. Owszem, były wprowadzone dodatkowe przedmioty obowiązkowe: język ukraiński i język rosyjski (także kaligrafia, historia WKPb, przysposobienie wojskowe itp.). Na terenie szkoły uczniowie porozumiewali się w swoich językach i nikt im tego nie ograniczał (przed wojną też). Najpopularniejszym językiem porozumiewania się był tzw. język chachłacki (inni określali go, jako miejscowy lub nasz), który stanowił mieszaninę polskiego, ukraińskiego, białoruskiego i rosyjskiego.
*13 – To nie tak. Po uporządkowaniu się nowej władzy wszyscy przedwojenni nauczyciele na terenie gminy Kisorycze zostali wezwani do Rokitna, do Wydziału Oświaty Rajsowietu (czyli Rejonowej Rady). Tam po rozmowach zaproponowano im kontynuowanie nauczania według oświatowego programu Ukraińskiej Związkowej Republiki Rad (USRR) z uposażeniami i przywilejami zgodnymi z obowiązującym prawem w USRR. Ze znanych mi nauczycieli wszyscy objęli nowe posady.
*14 – Polemika nie jest potrzebna, gdyż nastąpiło nieporozumienie, albo niezrozumienie. W radzieckich oddziałach partyzanckich nie było żadnych etatowych stopni wojskowych, bo nie było to regularne wojsko, tylko partyzantka. Tym bardziej nie uznawano stopni wojskowych innego, niż ZSRR, kraju! Ignacy Mikołajczak w Oddziale im. Wasyla Czapajewa (dowodzonym przez młodszego lejtnanta Armii Czerwonej Piotra Szewczuka), wchodzącym w skład Radzieckiego Zgrupowania Partyzanckiego kpt. Iwana Iwanowicza Szytowa, pełnił odpowiedzialną funkcje zastępcy dowódcy kompanii (roty) do spraw zaopatrzenia i gospodarczych (broń, amunicja, granaty, mat. wybuchowe, odzież, prowiant itd.) – w potocznym języku polskim, szefa kompanii (roty). Równie dobrze I. M. mógł być strzelcem lub np. minerem (u nas potocznie powiedziano by saperem!). 
*15 - Rozkaz o którym wspomniano został wydany cztery miesiące po rozwiązaniu zgrupowania partyzanckiego. Jeszcze przed zakończeniem działań partyzanckich, część partyzantów wydzielono do dalszych działań na tyłach wroga, a część która uczestniczyła w walkach frontowych i wyzwalaniu Mokwina, Kostopola i Łucka, została oddana do dyspozycji NKWD i RKK Milicji, na wyzwolonym obszarze województwa wołyńskiego, dla ochrony tyłów Armii Czerwonej oraz zapewnienia porządku publicznego i ochrony składów wojskowych pozostawionych przez nacierające oddziały wojsk. Za udział w kontynuowaniu walk na tyłach wojsk niemieckich (tam właśnie była zrzucana na spadochronach niewielka część wydzielonej wcześniej dużej grupy partyzantów, o której wspomniałem) Ignacemu Mikołajczakowi, oprócz odznaczeń wojskowych, został przez gen A. Zawadzkiego nadany stopień wojskowy porucznika WP.
*16 – Plut. KOP Lucjan Ciołkowski (ze strażnicy KOP „Krzemień”) nie poległ, tylko zmarł na tyfus w Placówce Oddziału AK kpt. Władysława Kochańskiego „Wujka – Bomby” w Rudni-Lwie. 
*17 – Brat zakonny Karol Dziemba nie przybył razem z ojcem Ludwikiem Wrodarczykiem, tylko po pewnym czasie (nie pamiętam jak długim).
*18 – Opowieść o jeździe po mieszkaniu na trójkołowym rowerku zdumiała mnie, bo nigdy nie miałem rowerka trójkołowego. Młodzieżowy rower (dwukołowy), używany, dostałem od dziadków w Bydgoszczy i przywieziony został do Okopów. Chodziłem wtedy do II klasy Szkoły Powszechnej w Okopach i miałem wówczas 8 lat (1935 r.). W 1937 roku dostałem od matki rower męski PWU z pełnym wyposażeniem. Podobne rowery kupili wtedy matka („damkę’) i nauczyciel L. Bieńkowski (półwyścigowy – na specjalne zamówienie). W tym czasie były to jedyne rowery we wsi i bliskiej okolicy. Nigdy w Okopach i okolicy nie widziałem trójkołowego rowerka! Muszę dodać, że rowery Leonarda i matki zostały sprzedane, za przyzwoitą cenę, wiosną 1940 roku dla kpt. Koszkina z radzieckiej przygranicznej strażnicy („zastawy”) położonej koło radzieckiej wsi Majdan – oczywiście po zajęciu naszych terenów przez bolszewików. Ciekawostką jest utrzymywanie i dalsza ochrona byłej granicy radziecko – polskiej. W związku ze sprzedażą rowerów miałem możliwość bezproblemowego dotarcia do „zastawy”, gdyż doprowadziłem tam dwa rowery. Nikt mnie nie zatrzymywał. Widocznie posterunki i patrole zostały uprzedzone o moim przybyciu. Wtedy na własne oczy przekonałem się, jak nieprawdopodobnie chroniona była ta granica. Trzy rzędy zasieków z drutu kolczastego, szeroki pas zaoranej i bronowanej ziemi, a po obu stronach otwarta przestrzeń oczyszczona z drzew i zarośli. Na tym pasie ziemi, w odległości wzajemnej widzialności, stały wieże strażnicze. Po przekroczeniu tego pasa, jako ostatnia zapora, stał płot, a właściwie palisada wysokości ok. 3,5 metra, ze ściśle do siebie przylegających, drewnianych słupów o średnicy 20-25 cm. Podaję tę informację, gdyż nigdzie nie natrafiłem na wzmiankę o tym.
Niniejszym zgadzam się na wykorzystanie tego tekstu do wszelkich informacji, bądź wspomnień o Wołyniu w dowolnej formie, np. jako uzupełnienia, komentarza bądź publikacji.
Edmund W. Masajada,  masajada@wp.pl

1 komentarz:

  1. Wszyscy z UPA powinni byc najpierw torturowani a pozniej powieszeni jebane skurwysyny!!!! Zabójcy niewinnych kobiet, dzieci, starcow!!!!! Co oni im zrobili NIC!!!! Zgineli za to ze byli polakami!!!! Jebac wszystkich i wszystko co jest zwiazane z UPA!!!!!

    OdpowiedzUsuń