.jpg)
Dnia 10.12.2010 r. w Opolu, w wieku 93 lat, w 69 roku kapłaństwa, zmarł ks. infułat Ludwik Rutyna, emerytowany proboszcz parafii św. Zygmunta i św. Jadwigi Śląskiej w Koźlu, ostatni spośród przybyłych po II wojnie światowej i osiadłych na Śląsku Opolskim ponad dwustu księży Kresowian, który jako jedyny z tej grupy, po 45 latach posługi kapłańskiej w diecezji opolskiej, przechodząc na emeryturę powrócił na dawne polskie Kresy Wschodnie, do swej rodzinnej archidiecezji lwowskiej, i tam przez prawie 20 lat, nieomal aż do swojej śmierci, już teraz w rzeczywistości państwa ukraińskiego, duszpastersko działał, odbudowując zrujnowane przez sowiecki komunizm życie religijne i liczne świątynie rzymskokatolickie.
Urodził się 10.02.1917 r. w Podzameczku k. Buczacza w woj. tarnopolskim, w archidiecezji lwowskiej. Był dziewiątym, najmłodszym dzieckiem Kazimierza i Katarzyny z Wąsików, miał dwóch braci i sześć sióstr. Jak często podkreślał wspominając, całą rodziną modlili się codziennie przed wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Dzieciństwo spędził we Lwowie u bezdzietnego stryja i stryjenki, którzy posłali go do szkoły podstawowej. Ponieważ stryjek zaczął budować dom i przez to był dość zajęty, więc na czas gimnazjum wrócił do Buczacza. Ukończył tu gimnazjum humanistyczne zdając egzamin dojrzałości w 1937 r. Następnie podjął studia filozoficzno-teologiczne w Wyższym Seminarium Duchownym we Lwowie. Jego bliskim kolegą z seminarium był Ignacy Tokarczuk, późniejszy biskup przemyski, a także nieco starszy student, późniejszy opolski biskup pomocniczy, Antoni Adamiuk. Tylko dwa lata studiów miały normalny przebieg. Sowieci już w październiku 1939 r. zlikwidowali szkolnictwo katolickie. Seminarzyści, podzieleni na niewielkie grupy, znaleźli swoje miejsce w zgromadzeniach zakonnych lub na plebaniach lwowskich kościołów parafialnych. Studia odbywały się w wielkiej konspiracji. Ze względu na wielkie zagrożenie aresztowaniem przez NKWD rektor seminarium wyraził zgodę na przerwanie studiów przez młodszych kleryków. Pozostali najwierniejsi, niezłomni. Dnia 11.05.1941 r. w zamkniętej katedrze lwowskiej abp Eugeniusz Baziak wyświęcił sześciu księży, a wśród nich ks. L. Rutynę. Tylko tylu dotrwało do końca spośród 38 rozpoczynających studia . Mszę prymicyjną odprawił ks. L. Rutyna w buczackiej farze, w pobliżu tej samej chrzcielnicy, przy której go ochrzcili rodzice, a 2.06.1941 r. przybył jako wikary do Baworowa, gdzie proboszczem był ks. Karol Procyk. W czasie masowych rzezi ludności polskiej z rąk nacjonalistów ukraińskich ks. Procyka „banderowcy uprowadzili w nocy 2.11.1944 r. i podobno straszliwie go torturowali. Mówiono, że ćwiartowali go piłą. Jego ciała nigdy nie znaleźliśmy” – wspominał ks. L. Rutyna. Tej samej nocy banda UPA rozstrzelała organistę i czterech innych Polaków. Księdza L. Rutyny nie znaleźli, bo schronił się u polskiej rodziny. Od tej pory nigdy nie nocował na plebanii, ale najczęściej na wieży kościelnej. Tak było aż do czasu, gdy w 1945 r. ostatnim transportem z Baworowa przyjechał na Śląsk Opolski. „Zostawiłem groby dziadków i zmarłego dwa lata wcześniej ojca. Zabrałem kilka fotografii i pakunków. Niektórych nie odpakowałem do dziś. – wspominał – Myśmy żyli nadzieją, że jakoś przewegetujemy tu na tych ziemiach i wrócimy do siebie. Podtrzymywałem tę nadzieję w moich parafianach, wiedziałem, że choćbym miał iść piechotą, to ja i tak na Kresy wrócę”. Na Śląsku Opolskim był najpierw duszpasterzem w Łące Prudnickiej i w Mieszkowicach, a następnie przez trzynaście lat proboszczem w Szybowicach (1945–1958) i przez krótki czas ex currendo duszpasterzem kilku parafii na terenie dekanatu prudnickiego.
Powojenne miesiące w Szybowicach i niezwykle ciekawe perypetie życiowe ks. Rutyny w tym czasie opisuje F. Dendewicz:
„Wyludnione i zajęte przez zwycięskich czerwonoarmistów Szybowice wydane zostały na rabunek i plądrowanie. Wiele ocalałych domów po ich ograbieniu zostało podpalonych. Żołnierze radzieccy stosowali zasadę, że «zwycięzca bierze wszystko». […] W czerwcu 1945 r. zaczęli napływać na ziemię prudnicką osadnicy z Kresów Wschodnich. Szybowice zasiedliła ludność z Podhajczyków, Otynii i okolicznych wsi (Wybranówka, Kobyłowłoki, Mogielnica, Janów, Słobódka Janowska oraz Dołhe). Pierwszy transport przybyły do Prudnika w połowie czerwca 1945 r. zasiedlił Mieszkowice, a drugi, przybyły 25 czerwca tegoż roku, zasiedlił Szybowice. Tułaczka kresowiaków na nowe miejsce zamieszkania trwała sześć tygodni. […] Zajmowali początkowo opuszczone i niezamieszkałe przez ludność niemiecką gospodarstwa. Z czasem, gdy repatriantów przybywało na skutek przyjazdu kolejnych transportów, byli oni dokwaterowywani do domów zamieszkałych przez rodziny niemieckie. Współżycie w jednej wiosce ludności niemieckiej i polskiej ludności napływowej z Kresów Wschodnich układało się różnie. […]
Przez całą drugą połowę 1945 r. Niemcy i Polacy żyli w ciągłej niepewności. Ci pierwsi liczyli, że Polacy są we wsi tylko gośćmi, i że wkrótce nastąpi zmiana i wszystko wróci do czasów przedwojennych. Uważali, że gdyby nawet przesunięto granice Niemiec na zachód, to i tak większość Śląska będzie w dalszym ciągu należała do państwa niemieckiego. W najgorszym wypadku dopuszczano myśl, że obszar ziemi prudnickiej znajdzie się w granicach Polski, ale liczono, że podobnie jak to było po I wojnie światowej, Niemcy będą mogli w Polsce swobodnie żyć, ciesząc się gwarancjami i prawami mniejszości narodowej. Nowo przybyli Polacy również nie czuli się gospodarzami tej nowej ziemi. Czekali, aż sytuacja polityczna się zmieni i będą mogli wrócić do swych rodzinnych stron i do swoich domów na Kresach. Ciągle powtarzano sobie plotkę o rychłym wybuchu trzeciej wojny światowej, która ponownie miała zmienić los Polaków i Niemców.
Początki życia repatriantów w Szybowicach skupiły się wokół dwóch instytucji – szkoły i kościoła katolickiego [...]. Posługę duszpasterską sprawował najpierw niemiecki proboszcz Szybowic ks. Adolf Schwarz, który odprawiał msze po łacinie. Uczestniczyli w nich wspólnie polscy i niemieccy mieszkańcy Szybowic. On też przewodniczył pierwszym pogrzebom repatriantów. Polacy jednak marzyli o swoim polskim duszpasterzu. Już od czerwca czynili starania, by był nim ks. Ludwik Rutyna. Przybył on już na początku czerwca 1945 r. do Prudnika. Był pierwszym księdzem polskim sprawującym opiekę nad repatriantami przybyłymi na ziemię prudnicką. Jego marzeniem było jednak objęcie wiejskiej parafii. Miał bowiem szczególne upodobanie do życia na wsi. Przyjechał z Kresów z całym swym dobytkiem, do którego zaliczała się para koni i dwie krowy. W tułaczce na zachód towarzyszyła mu matka, gospodyni Maria Kania i osierocony młodzieniec nazywany Kubusiem jako pomocnik w pracach. Dnia 2.07.1945 r. ks. L. Rutyna konnym wozem należącym do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego wraz z całym swym dobytkiem przyjechał do Szybowic. Nastąpiło wówczas spotkanie z niemieckim proboszczem ks. A. Schwarzem. W kronice parafialnej odnotowano wymianę zdań, jaka wówczas nastąpiła pomiędzy księdzem polskim i niemieckim: ks. L. Rutyna: «Ja tu będę mieszkał», ks. A. Schwarz: «Ksiądz tu będzie mieszkał? A kto komu będzie dawał jeść?», ks. L. Rutyna: «Jeżeli do tej pory przeżyliśmy wszystko co najgorsze, to i teraz przeżyjemy, żyjąc razem lub osobno». Z dalszej rozmowy wynikało, że ks. A. Schwarz nie rozumiał nowej powojennej rzeczywistości, jakby nie pojmował, czego tu Polacy w ogóle szukają. Poza tym plebania szybowicka była bardzo zatłoczona, mieszkało tam bowiem wielu wojennych uciekinierów, szukających schronienia i opieki ks. A. Schwarza. Wprawdzie ks. L. Rutyna otrzymał do dyspozycji dwa pokoje i kuchnię, nie miał jednak możliwości zagospodarować się i nawet nie próbował się rozpakować. Po kilku dniach wrócił na stację kolejową do Prudnika, a stamtąd do Łąki Prudnickiej. I w tej miejscowości nie zabawił zbyt długo. Przybyła bowiem do niego delegacja kresowian z Mieszkowic z prośbą, by zamieszkał w ich wiosce. Wkrótce przyjechało kilkanaście furmanek z Mieszkowic. Załadowano na nie cały dobytek ks. L. Rutyny i przewieziono do tej wioski. Dziekan, ks. H. Bittner z Kolnowic, udzielił ks. L. Rutynie w sierpniu 1945 r. jurysdykcji do sprawowania opieki duszpasterskiej na cały teren prudnicki. Obsługiwał on wówczas liczne wsie i parafie, jak: Szybowice, Czyżowice, Niemysłowice, Moszczanka, Prudnik, Lipowa, wożony furmanką, saniami, a nieraz i pieszo śpieszył ze swoją posługą kapłańską. Na początku października 1945 r. administrator apostolski Śląska Opolskiego ks. Bolesław Kominek oficjalnie przekazał ks. L. Rutynie parafię Rudziczka jako miejsce rezydowania, powierzając mu duszpasterstwo w wyżej wymienionych wioskach (i parafiach).
Z upływem kolejnych dni i tygodni pobytu repatriantów w Szybowicach oddalała się perspektywa powrotu na Kresy, do rodzinnych Podhajczyków, a na nowe ziemie przybywali kolejni osadnicy. Zaczęło brakować miejsca i coraz częściej i głośniej, szczególnie w sierpniu i wrześniu 1945 r. zaczęto mówić o przesiedleniu wszystkich Niemców na zachód, za Odrę. Pojedynczy Niemcy z Szybowic nie czekając na decyzję władz polskich z narażeniem życia uciekali przez Czechosłowację do Niemiec. Wieść o wysiedleniu Niemców potwierdziła się pod koniec 1945 r. Dnia 15.11.1945 r. nakazano opuścić w ciągu 24 godzin Szybowice ks. A. Schwarzowi i pastorowi Erhardowi Gäbelowi. Po ich wyjeździe bardzo szybko zorganizowana została w Szybowicach delegacja mieszkańców, która udała się do kurii w Opolu, aby załatwić przeniesienie ks. L. Rutyny z Rudziczki do Szybowic, z jednoczesnym przyłączeniem do tej parafii Mieszkowic jako filii. Swoją prośbę tłumaczyli tym, że mieszkańcy Mieszkowic i Szybowic pochodzą z Podhajczyków z powiatu Trembowla, a także tym, że są spokrewnieni ze sobą i pragną stanowić jedną parafię. Nim kuria wyraziła zgodę, ks. L. Rutyna przeniósł się do Szybowic. Decyzję tę wymusił szybowicki sołtys Michał Zając, który przybył do ks. L. Rutyny prosząc go: «Niech Ksiądz coś zrobi i czym prędzej przychodzi do nas, bo już trzeci dzień pilnujemy plebanii przed szabrownikami. Gdy Ksiądz będzie na miejscu, będzie inaczej...». Tak więc ks. L. Rutyna został administratorem szybowickiej parafii, w skład której wchodziły wsie: Szybowice wraz z Włócznem, Mieszkowice (po wojnie nazywane Maciejowicami) oraz Wierzbiec (po wojnie krótko nazywany Florianowem). Parafię tworzyła mieszanina ludności polskiej i niemieckiej. Wielu z nich było przez wojnę bardzo zdemoralizowanych. We wsiach często dochodziło do rabunków, szabru mienia. Szerzył się alkoholizm. Niemal każda zabawa kończyła się bójką na noże, sztachety lub «flaszki» [...]. Pierwsze, bliższe poznanie mieszkańców wioski nastąpiło przez ks. L. Rutynę podczas kolędy po Bożym Narodzeniu 1945 r. Nawet Niemcy – ewangelicy go przyjmowali. Dużym wsparciem i pomocą dla księdza była rada parafialna [...]. Przy jej wsparciu i zaangażowaniu wyremontowano wieżę, mury i dach kościoła poniszczone podczas walk o wioskę. Polskie władze nakazały niemieckim mieszkańcom opuścić Szybowice 1.07.1946 r. Od tej pory Kresowianie stali się jedynymi gospodarzami tej miejscowości” .
Po kilkunastu latach duszpasterzowania w Szybowicach ks. L. Rutyna otrzymał od biskupa F. Jopa propozycję objęcia parafii św. Zygmunta i św. Jadwigi Śląskiej w Koźlu, którą przyjął, aby podjąć kolejne życiowe wyzwanie.
Kiedy w 1958 r. przyszedł do Koźla, władza komunistyczna próbowała zdyskredytować go w oczach parafian. Jego poprzednik należał bowiem do ruchu księży caritasowców patriotów. „Nawet zainspirowali bunt, czekały już na mnie taczki, którymi parafianie mieli mnie wywieźć” – opowiadał. Jednakże nie wywieźli. Do sierpnia 1990 r., kiedy przeszedł na emeryturę, był ich ukochanym duszpasterzem, zapisując w dziejach tej parafii piękną kartę jako proboszcz, wychowawca młodzieży, opiekun i renowator zabytków, dobry człowiek, doradca w ludzkim nieszczęściu.
Podjął budowę kilku kościołów i domów katechetycznych na terenie rozległej parafii kozielskiej. Władza komunistyczna nazwała go nawet „wolnomularzem”, gdyż bez pozwolenia remontował niektóre przykościelne obiekty. Tak było w przynależących do parafii kozielskiej miejscowościach Większyce i Kobylice, gdzie pobudował salki do nauki religii, czy w Koźlu-Rogach, gdzie zainicjował budowę nowego kościoła (1958–1960). Za remonty bez pozwolenia został skazany na cztery lata więzienia w zawieszeniu i na grzywnę 4 tys. zł. Władze, na poczet grzywny, zarekwirowały mu nawet meble i motocykl. W Koźlu, w początkach lat 80-tych XX w., ks. L. Rutyna pobudował też nowy dom katechetyczny. W czasie jego proboszczowanie rozległa parafia kozielska, ze względów duszpasterskich, uległa pomniejszeniu, gdyż Rogi w 1968 r., a Większyce w 1981 r. stały się odrębnymi placówkami z własnymi duszpasterzami, uzyskując wkrótce status samodzielnych parafii. W Koźlu ks. L. Rutyna obchodził 11.05.1966 r. swój srebrny jubileusz kapłaństwa, a w 1992 r. także złoty jubileusz .
Równolegle, przez prawie 30 lat, ksiądz L. Rutyna pełnił również funkcję dziekana dekanatu Koźle (1961–1990). Był również przez kilka kadencji członkiem rady kapłańskiej diecezji opolskiej.
W uznaniu zasług w 1953 r. został odznaczony przez ówczesnego rządcę kościelnego Śląska Opolskiego tytułem dziekana honorowego, a w 1981 r., dzięki staraniom bpa A. Nossola, został wyróżniony przez Stolicę Apostolską pierwszą godnością prałacką – tytułem kapelana Jego Świątobliwości. W 1965 r. otrzymał również wyróżnienie w postaci tytułu kanonika honorowego kapituły archidiecezji lwowskiej z siedzibą w Lubaczowie.
Po 32 latach proboszczowania w Koźlu, w związku z osiągnięciem wieku emerytalnego, w sierpniu 1990 r. zrezygnował z parafii kozielskiej i znalazł przytulisko w Domu Księży Emerytów w Opolu. Jednakże wiedziony potrzebą serca, za zgodą ordynariusza opolskiego bp. A. Nossola, w początkach 1991 r. wyjechał na Podole, do swej rodzinnej ziemi na dawnych Kresach Rzeczypospolitej (obecnie na zachodniej Ukrainie), aby tam zacząć duszpasterzować, odbudowując odradzający się w po latach udręki komunistycznej Kościół katolicki.
Dnia 27 lutego 1991 r. przejął na krótko parafię w Krzemieńcu, zastępując odchodzącego z parafii jej proboszcza, ks. Marcjana Trofimiaka, mianowanego wówczas lwowskim biskupem pomocniczym (obecnie jest on pierwszym biskupem ordynariuszem odrodzonej diecezji łuckiej), a po trzech miesiącach, z nominacji kard. Mariana Jaworskiego, pierwszego ordynariusza archidiecezji lwowskiej (odrodzonej po upadku komunizmu w początkach lat dziewięćdziesiątych XX w.), został proboszczem reaktywowanej po półwieczu rodzinnej parafii buczackiej. Od razu też przystąpił do odbudowy barokowego kościoła Matki Boskiej Szkaplerznej w Buczaczu, który po wojnie został przez Sowietów zamieniony na magazyn środków chemicznych oraz ciepłownię miejską (podziemia kościoła). Mimo podeszłego wieku ks. L. Rutyna osobiście woził taczkami materiały budowlane, aktywnie uczestnicząc w pracach remontowych odnawianej świątyni. Zawsze, zresztą, odznaczał się niezwykłą skromnością, żyjąc nieomal w ubóstwie, był „kapłanem z sercem na dłoni” (ks. A. Sitek). Równolegle został też dziekanem dekanatu buczacko-czortkowskiego w archidiecezji lwowskiej, obejmującego obszar niewiele mniejszy od województwa opolskiego.
Przez prawie dwadzieścia lat swej działalności na Podolu ks. L. Rutyna, mimo coraz bardziej podeszłego wieku, z całym oddaniem służył swoim wiernym w niełatwej rzeczywistości ukraińskiej, niestrudzenie przemierzając tamtejsze drogi, niejednokrotnie idąc pieszo, do bardzo oddalonych od siebie kościołów. „Trzeba było mówić po ukraińsku, nie było pamiątek z dzieciństwa ani przyjaciół. Ale był obowiązek, by odbudować wiarę. Tu na Opolszczyźnie byłem już zbędny, tam zaś niezbędny” – niejednokrotnie podkreślał, opowiadając o swojej misji na Kresach.
Od władz ukraińskich odzyskał i wyremontował kilka dawnych polskich świątyń zamienionych przez Sowietów w kotłownie, magazyny bądź domy kultury. „Prawo stanowiło, że jak miałem minimum dziesięciu wiernych, to musieli nam oddać kościół” – wspominał ks. L. Rutyna. Dzięki pomocy katolików z miasteczek i wsi dekanatu Buczacz–Czortków, a także przy serdecznym materialnym wsparciu dawnych parafian z Koźla oraz dawnych Kresowian rozrzuconych po wojnie po Polsce i świecie, zostały podniesione z ruin, poczynając od roku 1991, kościoły w Buczaczu, Trybuchowcach, Potoku Złotym, Pytlikowcach Starych, Porchowej, Uściu Zielonym i Koropcu. Choć nie wszędzie jeszcze zostały ukończone prace remontowe, to jednak w każdej z tych świątyń odprawiane są już nabożeństwa.
Dawni buczaczanie, a dziś wrocławianie, opolanie i inni z pochodzenia repatrianci, szanujący spuściznę historyczną i sakralną swoich przodków, często pielgrzymują do swej dawnej ojczyzny – kraju swych lat dziecinnych. Ksiądz L. Rutyna chętnie się z nimi spotykał, oprowadzał po kościołach, opowiadał o ich historii. „Chętnie do tych pielgrzymek wychodzę. Zawsze uczyłem, że jako katolicy nie możemy rozdrapywać dawnych ran. Proszę, by nie prowadzili z miejscowymi dyskusji politycznych, bo ani nie zmienią nimi przeszłości, ani też nie wpłyną na przyszłość” – mówił. Ukraińcy bali się odwiedzin Polaków. Więc im też ks. L. Rutyna tłumaczył, że nie mają się czego obawiać: „Polacy mają tylko przywiązanie do pamiątek i wspomnień z dzieciństwa. Pójdą na groby swych bliskich, popłaczą i wrócą do Polski. Nie bójcie się, nikt wam niczego nie zabierze” – przekonywał swych ukraińskich parafian .
Piszący te słowa (ks. Andrzej Hanich), sam kresowego pochodzenia, krótko po przełomie politycznym roku 1989 w Polsce, w czerwcu 1993 r. zorganizował wyjazd grupy swoich współziomków, wywodzących się z miejscowości Potok Złoty, powiat Buczacz, na sentymentalną wycieczko-pielgrzymkę na dawne Kresy, podczas której przekazano w darze dla świątyni w Potoku Złotym wykonaną specjalnie w tym celu kopię obrazu Matki Boskiej Złotopotockiej, której oryginał, przywieziony w 1945 r. w ramach tzw. repatriacji, znajduje się obecnie w kościele parafialnym w Wabienicach k. Bierutowa, na Dolnym Śląsku. Był to moment niezwykle wzruszający, kiedy niedawno przybyły z Opolszczyzny nowy gospodarz tej parafii, ks. L. Rutyna, witał chlebem i solą przybywających z Opolszczyzny dawnych mieszkańców Potoka Złotego i przyjmował od nich kopię wizerunku Matki Boskiej Złotopotockiej (8.06.1993 r.), która od tego czasu, umieszczona na swoim dawnym miejscu w centrum prezbiterium odremontowywanej świątyni w Potoku Złotym, ponownie, po ponad pół wieku przerwy, zaczęła doznawać kultu od garstki pozostałych tam wiernych .
Jan Przybył, rodem z Kresów, odwiedzający po latach Buczacz, wspomina: „każdy, kto znał ks. Ludwika wie, że był to człowiek niezwykle skromny i bezinteresowny. Pamiętam, jak opowiadał mi, że pewnego razu dostarczono mu z Polski nową sutannę (ks. Rutyna – o czym każdy, kto miał okazję widywać Go równie często jak ja – przez kilkanaście lat nosił tę samą, wypłowiałą wyświechtaną, leciwą sutannę), ku zdumieniu ofiarodawców oświadczył: „O! Będę miał do trumny!”, po czym dalej nosił tę starą. Cokolwiek otrzymał od pielgrzymów z Polski, natychmiast rozdawał potrzebującym. Zawsze uśmiechnięty, tryskający humorem”
Wspaniałe świadectwo o niezwykłej postawie kapłańskiej i iście heroicznych dokonaniach ks. L. Rutyny na dawnych Kresach dał znakomity opolski historyk, znawca Kresów Wschodnich, prof. S. S. Nicieja:
„Dla Polaków przyjeżdżających obecnie do Buczacza miasto to nieodmiennie kojarzy się z księdzem infułatem Ludwikiem Rutyną. Jest to postać niezwykła. […] Po zakończonej służbie kapłańskiej w Koźlu na krótko trafił do domu księży emerytów w Opolu, by w roku 1991 wrócić do Buczacza i zacząć tam pracę od podstaw w oddanym właśnie społeczności polskiej zrujnowanym, zamienionym w składowisko koksu i kotłownię kościele farnym. Liczył wówczas 73 lata. Była to decyzja podjęta w nostalgicznym uniesieniu, ale w swym wymiarze ludzkim – heroiczna. Pełna ryzyka i niepewności. Wracał po latach do miasta, w którym kompletnie wymieniono po wojnie ludność; 60% przedwojennego Buczacza stanowili Żydzi, wymordowani przez hitlerowców, 25% – Polacy, których wywieziono na Sybir bądź zgładzono na miejscu lub przesiedlono na Śląsk. Trzynastotysięczny Buczacz stał się po wojnie etnicznie niemal jednorodny, ukraiński, z nielicznymi Polakami.
Gdy ksiądz Rutyna przyjechał tam w 1991 r., kilka dni tułał się, nie mogąc w swoim mieście znaleźć kwaterunku. Wszyscy mieszkańcy mający jakieś korzenie polskie bali się przyjąć go na nocleg. Zdecydował się wówczas zamieszkać w zrujnowanej parterowej plebanii, przykrytej blachą i papą. Warunki mieszkalne były spartańskie. Stary kaflowy piec, brak wody, którą trzeba było przynosić ze studni z kościelnego dziedzińca. Rolę sanitariatu spełniała miednica i wiadro. Po dwudziestu latach ciężkiej pracy dziś 93-letni ksiądz Ludwik Rutyna podniósł kościół buczacki niemal z kompletnego upadku, którą na nowo zamienił w piękną barokową świątynię. Posługę kapłańską pełnił w całej okolicy: w Wojciechówce, Porchowej, Rukomyszu, Koropcu i dziesiątkach okolicznych wsi. Mówił żartem, że ma więcej parafii niż parafian. Heroiczna praca sędziwego duszpasterza przyniosła mu szacunek także wśród buczackich Ukraińców. Jerzy Janicki i Krzysztof Jan Kubiak nakręcili o nim dwa świetne filmy dokumentalne: «Ksiądz Ludwik Rutyna» i «Powrót do Buczacza».
Podczas mojej pierwszej wizyty w Buczaczu w maju 2003 r. zapamiętałem niezwykłe zdarzenie. W kościele, bardzo jeszcze sprofanowanym i tylko w części uporządkowanym, poszliśmy z księdzem Rutyną za ołtarz główny i tam zobaczyłem kilka worków wypełnionych jakimiś okrągłymi przedmiotami. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że są to worki z główkami kapusty. Zapytałem trochę żartem: «Czy Ksiądz tu zrobił spiżarnię i przechowuje kapustę?». Odpowiedział mi z nieśmiałym uśmiechem: «Nie, to są główki aniołków, które znoszą mi tutaj parafianie z okolicy, z poniszczonych kościółków i cerkwi». Zaglądnąłem do jednego z worków i przeżyłem szok. Najwyższej klasy barokowe drewniane rzeźby, pośrutowane przez korniki, uskrzydlone główki aniołów leżały jak gdyby na stosie. Miałem przekonanie, że niektóre z nich wyszły spod dłuta genialnego snycerza Jana Jerzego Pinzla, twórcy, który ozdobił wiele świątyń na Kresach arcydziełami rzeźbiarskimi.
Gdy kilka lat później odwiedziłem księdza Rutynę w Buczaczu, główki aniołków i inne rzeźby były już po gruntownej renowacji, umieszczone na ołtarzach głównym i bocznych kościoła. Świątynia imponowała czystością i splendorem. Ściągała swą oryginalnością liczne grupy turystów nie tylko z Polski.
Inne zdarzenie na plebanii w Buczaczu, które zapadło mi głęboko w pamięci. Kręcąc film o Buczaczu, dość liczna ekipa realizatorów, do której miałem przyjemność należeć, postanowiła dać w ofierze księdzu Rutynie 200 dolarów na renowację świątyni. Ksiądz, niezwykle ufny i życzliwy, położył otrzymaną ofiarę na stoliku. Po plebanii kręcili się różni miejscowi ludzie i po półgodzinie okazało się, że pieniądze zniknęły. Ksiądz Rutyna nie zrobił z tego tragedii i nie podjął żadnych dochodzeń. Powiedział nam z rozbrajającą szczerością: «Bóg dał, Bóg wziął».
Plebania w Buczaczu, która mieściła się w starym zagrzybiałym domu, przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Czuć tam było stęchliznę. Stare sprzęty, nieszczelne okna, skrzypiąca, zapadająca się podłoga. Warunki zupełnie jak w średniowieczu. Minimalizm ubranego w wytartą sutannę księdza Rutyny odnośnie do swoich potrzeb bytowych wprowadzał w osłupienie i zdziwienie. Gdy zapytałem, jak sobie z tym wszystkim radzi, odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem: «Bardzo dobrze. Uważam bowiem, że lepiej być pierwszym w pipidówce niż ostatnim w Rzymie. Ja tu mam tyle do zrobienia!». To stwierdzenie wygłosił też do kamery telewizyjnej, opowiadając o pierwszych miesiącach życia w ukraińskim Buczaczu i przełamywaniu strachu wśród katolików, którzy po półwieczu wynarodowienia zaczęli przyznawać się do swej polskości. Ksiądz Rutyna budził tam nie tylko wiarę, ale przywracał też kulturę w tym niegdyś pięknym, bogatym miasteczku” .
Za tę swoją postawę i posługę kapłańską, w związku z obchodzonym złotym jubileuszem kapłaństwa, dzięki staraniom metropolity lwowskiego, kard. Mariana Jaworskiego, w 1992 r. (z pominięciem drugiego szczebla prałackiego, jakim jest tytuł prałata honorowego) został wyróżniony przez Stolicę Apostolską najwyższą godnością prałacką – protonotariusza apostolskiego (infułata).
W ostatnich latach, kiedy coraz bardziej ubywało mu sił, coraz częściej wracał do Opola bądź Koźla, gdzie się leczył, aby podreperowawszy się na zdrowiu ponownie na kilka miesięcy wyjeżdżać na Kresy i tam duszpastersko usiłować nadal służyć ludziom.
Zmarł po krótkiej chorobie w Opolu i zgodnie ze swoim życzeniem został pochowany przy kościele parafialnym w Koźlu. Jego pogrzeb, który odbył się 16.12.2010 r. w Koźlu, mimo niełatwych warunków zimowych, zgromadził setki osób, w tym ponad stu księży na czele z biskupami: Marcjanem Trofimiakiem, ordynariuszem diecezji łuckiej na Wołyniu, który przewodniczył uroczystościom pogrzebowym, Leonem Małym, sufraganem lwowskim, który odczytał wzruszający list pożegnalny od arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego, metropolity lwowskiego oraz Janem Kopcem z Opola, który wygłosił homilię pogrzebową .
ks. Andrzej Hanich - Prószków
---------------------------------------------------------
Foto; M.H.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz