http://www.zbrodniawolynska.pl/swiadkowie-mowia/jan-michalewski
Jan Michalewski (ur. w 1938 roku) 13 lutego 1944 roku miał sześć lat. Napad ukraiński zniszczył całkowicie jego wioskę Hucisko Brodzkie. „Około południa, była to niedziela, zaczęła się ogromna strzelanina i zaczął się zamęt w naszym domu. Najpierw wsadzili mnie z tym kuzynem Jankiem do kufra, takiego zamykanego. A sami zaczęli podpierać takim dyszlem drzwi, że jak będą wyłamywać czy strzelać, to żeby nie wyważyli tych drzwi. […]
Myśmy zaczęli krzyczeć w tym kufrze. Otwarli ten kufer i wtedy ktoś powiedział: »Bierzcie dzieci i uciekajcie«. I stryjenka wzięła mnie i swojego synka Janka pod pachę, pomogła nam wyjść z domu i zaczęliśmy uciekać w stronę Wołoch, to była sąsiednia wioska, mieszana, polsko-ukraińska. Już czuć było zapach [spalenizny], już było słychać strzały, był okropny zamęt dookoła nas. I nas prowadzono takim wąwozem, zrobiła się nas grupa ludzi –około trzydziestu, czterdziestu osób – i tym wąwozem dotarliśmy do sąsiedniej wioski. I tam, pamiętam, rozścielono słomę. I pamiętam, jak wieczorem przywieźli ojca nieprzytomnego, zakrwawiony był po lewej stronie, i położyli ojca w rogu tego mieszkania na słomie. I ojciec tylko co około pół godziny jęczał: »Dobijcie mnie«. Mama płakała i zwilżała mu wargi. A myśmy z tym bratem stryjecznym Jankiem klęczeli i odmawiali pacierze. […] Chciałem zobaczyć brata Tadeusza, to było na drugi dzień po napadzie. Musiałem mocno płakać, że dziadek mówi: »To chodź, to ci pokażę«. I ten obraz mam w oczach bardzo wyraźny. Brat leżał na takim, na Kresach mówiło się: werecie, a to był koc w kratę. Dziadek odchylił koc i widziałem miejsce, gdzie pocisk wszedł w główkę powyżej policzka i tutaj [pokazuje skroń] był ślad, jakby ktoś nożykiem zaciął – tu gdzie pocisk wszedł. A drugiej strony nie chciał mi pokazać, odwinąć całkowicie tej drugiej strony. Tam ponoć główka była cała strzaskana. Po tych oględzinach zawinął ciało i włożył do takiej skrzynki. Pamiętam, zarzucił karabin, wziął tę skrzynkę pod pachę i poszedł na cmentarz pochować”.
Jan Michalewski (born in 1938) was six years old on February 13, 1944. His village, Hucisko Brodzkie, was destroyed as a result of a raid. “A heavy fusillade started around midday on Sunday. Our home was thrown into confusion. At first, I was locked in a chest with my cousin Janek. They began to block the door with a beam, so that the Ukrainians couldn’t force it open when they came to break in or to shoot. […] We started screaming in that chest. They opened it and somebody said: ‘Take the children and flee.’ And my aunt grabbed me and her son Janek, and helped us leave the house. We were fleeing toward Wołochy — a neighboring Polish-Ukrainian village. We could already smell [the houses burning] and we heard shots. There was chaos all around us. We walked with a group of thirty or forty people along a ravine until we reached the neighboring village. And I remember that they put some straw on the ground. I remember that they brought my father in the evening. He was unconscious and his left side was covered in blood. They laid him on the straw in the corner of that flat. And every half an hour my father moaned: ‘Finish me off.’ Mom was crying and moistening his lips. And my first cousin Janek and I were praying on our knees. […] I wanted to see my brother Tadeusz. It was on the second day after the attack. I must have wept hard because my grandpa said, ‘Come, I’ll show you.’ I can clearly see that image to this day. My brother was lying on a weret, as we called checked blankets on the Eastern Borderlands. My grandpa lifted the blanket a little and I saw where the bullet had entered my brother’s little head above his cheek. Here [he points at his temple] he had something like a cut — the bullet went in through there. Grandpa didn’t want to show me the other side of his head, which was supposedly shattered. After showing him to me, grandpa wrapped up the body and put it in a box. I remember that he threw a machine gun over his shoulders, put the box under his arm, and went off to the cemetery to bury it.”
Myśmy zaczęli krzyczeć w tym kufrze. Otwarli ten kufer i wtedy ktoś powiedział: »Bierzcie dzieci i uciekajcie«. I stryjenka wzięła mnie i swojego synka Janka pod pachę, pomogła nam wyjść z domu i zaczęliśmy uciekać w stronę Wołoch, to była sąsiednia wioska, mieszana, polsko-ukraińska. Już czuć było zapach [spalenizny], już było słychać strzały, był okropny zamęt dookoła nas. I nas prowadzono takim wąwozem, zrobiła się nas grupa ludzi –około trzydziestu, czterdziestu osób – i tym wąwozem dotarliśmy do sąsiedniej wioski. I tam, pamiętam, rozścielono słomę. I pamiętam, jak wieczorem przywieźli ojca nieprzytomnego, zakrwawiony był po lewej stronie, i położyli ojca w rogu tego mieszkania na słomie. I ojciec tylko co około pół godziny jęczał: »Dobijcie mnie«. Mama płakała i zwilżała mu wargi. A myśmy z tym bratem stryjecznym Jankiem klęczeli i odmawiali pacierze. […] Chciałem zobaczyć brata Tadeusza, to było na drugi dzień po napadzie. Musiałem mocno płakać, że dziadek mówi: »To chodź, to ci pokażę«. I ten obraz mam w oczach bardzo wyraźny. Brat leżał na takim, na Kresach mówiło się: werecie, a to był koc w kratę. Dziadek odchylił koc i widziałem miejsce, gdzie pocisk wszedł w główkę powyżej policzka i tutaj [pokazuje skroń] był ślad, jakby ktoś nożykiem zaciął – tu gdzie pocisk wszedł. A drugiej strony nie chciał mi pokazać, odwinąć całkowicie tej drugiej strony. Tam ponoć główka była cała strzaskana. Po tych oględzinach zawinął ciało i włożył do takiej skrzynki. Pamiętam, zarzucił karabin, wziął tę skrzynkę pod pachę i poszedł na cmentarz pochować”.
English version
Jan Michalewski (born in 1938) was six years old on February 13, 1944. His village, Hucisko Brodzkie, was destroyed as a result of a raid. “A heavy fusillade started around midday on Sunday. Our home was thrown into confusion. At first, I was locked in a chest with my cousin Janek. They began to block the door with a beam, so that the Ukrainians couldn’t force it open when they came to break in or to shoot. […] We started screaming in that chest. They opened it and somebody said: ‘Take the children and flee.’ And my aunt grabbed me and her son Janek, and helped us leave the house. We were fleeing toward Wołochy — a neighboring Polish-Ukrainian village. We could already smell [the houses burning] and we heard shots. There was chaos all around us. We walked with a group of thirty or forty people along a ravine until we reached the neighboring village. And I remember that they put some straw on the ground. I remember that they brought my father in the evening. He was unconscious and his left side was covered in blood. They laid him on the straw in the corner of that flat. And every half an hour my father moaned: ‘Finish me off.’ Mom was crying and moistening his lips. And my first cousin Janek and I were praying on our knees. […] I wanted to see my brother Tadeusz. It was on the second day after the attack. I must have wept hard because my grandpa said, ‘Come, I’ll show you.’ I can clearly see that image to this day. My brother was lying on a weret, as we called checked blankets on the Eastern Borderlands. My grandpa lifted the blanket a little and I saw where the bullet had entered my brother’s little head above his cheek. Here [he points at his temple] he had something like a cut — the bullet went in through there. Grandpa didn’t want to show me the other side of his head, which was supposedly shattered. After showing him to me, grandpa wrapped up the body and put it in a box. I remember that he threw a machine gun over his shoulders, put the box under his arm, and went off to the cemetery to bury it.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz