lubaszenko_20120827_17lsobieszczukireneusz.jpg)
- Tematyka ukraińska interesuje mnie ze względu na mój życiorys. Urodziłem się w Białymstoku osiem dni przed wojną. W czasie wojny trafiłem z mamą do Związku Radzieckiego, do Archangielska. Rodzina mojego ojczyma Mikołaja Lubaszenki, z którym mama się związała, mieszkała na Ukrainie - mówi EDWARD LINDE-LUBASZENKO, przed premiera spektaklu "Cieśnina duchów.Manitoba" w Teatrze im.Siemaszkowej w Rzeszowie.
Sporo czasu spędza pan ostatnio w Rzeszowie. Jakie wrażenia?
- Zauważam kolosalne zmiany. Grałem tu gościnnie 20 lat temu, wcześniej także bywałem, Rzeszów miał wtedy charakter średniej wielkości miasta. Teraz centrum stało się bardziej nowoczesne i europejskie. Sam lubię przedmieścia, gdzie nie ma wielkich galerii. Nieopodal jest sklepik, kawałek dalej kiosk, a poranne zakupy są dłuższym spacerem. W takim miejscu mieszkam. A wracając do Rzeszowa, pozytywnie zmieniły się także okolice dworca kolejowego. Co mnie cieszy, bo z Krakowa przyjeżdżam pociągiem.
Podobno na udział w spektaklu na temat rzezi wołyńskiej, który przygotowuje Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, zgodził się pan z entuzjazmem. Dlaczego?
- Tematyka ukraińska interesuje mnie ze względu na mój życiorys. Urodziłem się w Białymstoku osiem dni przed wojną. W czasie wojny trafiłem z mamą do Związku Radzieckiego, do Archangielska. W wyniku różnych wydarzeń mama znalazła się w wojsku polskim Berlinga, a ja zostałem wychowankiem radzieckiego domu dziecka. Rodzina mojego ojczyma Mikołaja Lubaszenki, z którym mama się związała, mieszkała na Ukrainie, w centrum, obok Połtawy, w miejscowości Kołomak. Rok 1944, jako pięcioletni chłopiec, tam właśnie spędziłem. Zostałem tam zawieziony, aby odżyć. Klimat był inny niż w Archangielsku, leżącym na północny-wschód od Moskwy, a także zaopatrzenie było lepsze. Kiedy Armia Czerwona wyzwalała ukraińskie miejscowości, pojawiało się w nich w bród towarów, wszystkiego było zatrzęsienie. Dopiero po paru tygodniach wracała władza radziecka, instalowała się i wszystko znikało, wprowadzano kartki. Trafiłem na ten czas, kiedy Ukraińcy jeszcze żyli tamtą obfitością, bo mieli pochowane zapasy w spichlerzach, piwnicach i spiżarniach. Rzeczywiście tam odżyłem i Ukrainę zachodnią wspominam bardzo dobrze. Dlatego też, wciąż myślę i o rzezi wołyńskiej, o jej dwuznaczności i dwutorowym charakterze.
Wcześnie pan o niej usłyszał?
- W czterdziestym piątym przyjechałem do Wrocławia i tam się wychowałem. Było tam wielu Ukraińców, z okolic Lwowa, którzy świetnie znali polski i meldowali się jako Polacy właśnie. Mnie z powodu nazwiska także traktowali jak rodaka z Ukrainy. Stosunkom polsko-ukraińskim przyglądałem się zatem od dziecka. O rzezi wołyńskiej dowiedziałem się jednak dosyć późno. Wiedziałem, że były tam konflikty i bandy UPA mordowały Polaków, ale to było "rozrzedzone" poprzez znajomość z sympatycznymi dla mnie Ukraińcami.
Akcja sztuki toczy się na terenie współczesnej Kanady zamieszkanej przez diaspory ukraińską i polską. Pan gra Stanisława - Polaka, Stanisław Brejdygant - Serhija - Ukraińca. Czuje się pan tym dobrym bohaterem?
- Nie. Postać Ukraińca jest zneutralizowana, ponieważ to duchowny. Polak z kolei należał do AK i uczestniczył w akcjach odwetowych. To spotkanie bardzo interesujące i ludziom, którzy przyjdą na spektakl, dużo powie o tamtych czasach. Temat został potraktowany sprawiedliwie, Nie ukrywa się, że Ukraińcy zabijali, że impuls wyszedł z tamtej strony, ale to nie jest dyskusja o tym, kto zaczął. Tak, jakby sztukę pisał ktoś o osobowości Jana Pawła II, który zresztą bardzo interesował się narodem ukraińskim i pragnął pojechać do Rosji, ale z powodu oporu tamtejszego duchowieństwa to się nie udało.
Takie godzenie poprzez pokazywanie różnych stanowisk - czy to ma sens? - --Kiedyś do tego, że czas wybaczyć sobie nawzajem i zapomnieć, przekonywał w Rzeszowie Paweł Smoleński, który napisał wiele reportaży z wiosek, których mieszkańcy padli ofiarą mordów UPA albo polskich odwetów. Tylko rozdrażnił słuchaczy.
- O Wołyniu mówi się coraz więcej. Jednak kiedyś na pierwszym planie był Katyń i rodziny ofiar wołyńskich mogą się czuć pominięte.
Jest pytanie o to, jak zadośćuczynić ofiarom? Sporo o tym ostatnio dyskutowano. Także przy okazji rekonstrukcji rzezi wołyńskiej, która odbyła się pod koniec lipca w Radymnie.
- Polityka, niestety, nie pozwala zasklepić się ranom. Ponieważ różni ludzie z różnych powodów albo demonizują, albo bagatelizują, czy też fałszują fakty. Historia staje się narzędziem. Traktuję to jako znęcanie się nad pamięcią o ludziach, którzy zginęli. Ze sprawą katyńską było prościej.
O mordzie zdecydowała władza radziecka. Na Ukrainie było inaczej. UPA i banderowcy nie reprezentowali oficjalnej władzy.
To było ludobójstwo czy nie?
- Nie jestem prawnikiem. A kwalifikacja tego mordu w ten sposób oznacza prawne konsekwencje. Teraz Polska popiera wejście Ukrainy do Unii Europejskiej. Co o tym naszym poparciu mają myśleć Ukraińcy? Czy rzeczywiście jesteśmy ich sojusznikami, czy chodzi o inne interesy?
Pana matka była Polką, ojciec - Niemcem, ojczym - Rosjaninem. Czy łatwiej rozumieć racje innych, gdy jest się człowiekiem z pogranicza kultur?
- A babcia moja, Frankowska, była Czeszką. Stworzyłem nawet taką narodowość: Niewykluczony. Gdy mnie ktoś pyta, czy jestem Litwinem, odpowiadam: niewykluczone. Różni członkowie mojej rodziny pochodzą z różnych narodowości. Nie mam prawa żywić nienawiści do innych nacji. Niedawno usłyszałem taki dowcip: Facet sprzedaje psa. I kupujący, na wszelki wypadek, pyta: "Czy to jest jamnik?" Na co sprzedający odpowiada: "Między innymi". Jestem w podobnym położeniu.
A panu po co była przygoda z polityką? W 2004 kandydował pan przecież do Parlamentu Europejskiego.
- Kręciliśmy wtedy odcinkowy program, agitujący na rzecz przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Pewnego razu reżyser tego filmu i parę innych osób przyjechali do mnie z wieścią, że Marek Borowski organizuje partię. Lewicową, ale bez peerelowskich naleciałości. Zgodziłem się i poniosłem spore koszty. Zainwestowałem około 30 tysięcy złotych, a do parlamentu nie wszedłem, bo znalazłem się na czwartym miejscu, a weszli kandydaci z trzech pierwszych miejsc. I dzięki Bogu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz