„W
1943 r., moi rodzice – Jan i Zofia Kraszewscy oraz bracia: Jerzy –
lat 12, Tadeusz – lat 7 i ja – lat 9, mieszkaliśmy w kolonii
Stanisławów oddalonej 20 km od Włodzimierza Wołyńskiego, gmina
Werba. W miejscowości Bielin [gm. Werba] mieścił się Posterunek
Samoobrony Polaków, natomiast we wsi Stawki [gm. Olesk],
zamieszkanej przez Ukraińców, było całe zaplecze bandy UPA. Moi
Rodzice rodzice posiadali duże gospodarstwo o pow. 22,5 ha oraz 2 ha
lasu, przylegającego do lasu sąsiadów i lasów państwowych. Przed
drugą wojną światową (1936-1937) pobudowaliśmy duży dom,
w którym częściowo mieściła się szkoła (I i II klasa). W
połowie r. 1943 Polacy z tych okolic zaczęli opuszczać swoje
gospodarstwa w obawie przed bandytami UPA. Moi rodzice nie mogli
pogodzić się z faktem pozostawienia całego dorobku życia i
wyruszyć z dziećmi w nieznane.
Początek
zagłady kolonii Stanisławów, gm. Olesk, pow. Włodzimierz
Wołyński, woj. wołyńskie
W
dniu 12 sierpnia 1943 r. w godzinach rannych przez naszą kolonię
przejechało kilkanaście furmanek z uzbrojonymi Ukraińcami w
kierunku Stężarzyc [gm. Korytnica, pow. Włodzimierz Woł.], gdzie
mieścił się posterunek Samoobrony Polaków. (…) Wieczorem tego
pamiętnego dnia (…) przyszedł zaprzyjaźniony Ukrainiec, bardzo
wystraszony i oznajmił, że gdy ci Ukraińcy będą wracać ze
Stężarzyc, to wszystkich Polaków wymordują. Zapakowaliśmy więc
na furmankę trochę lepszej odzieży, żywności i cenniejszych
rzeczy i wyjechaliśmy z domu. Trzy dni koczowaliśmy w lesie. Bydło
i małe stado owiec zostawiliśmy w naszym lesie, a sami urządziliśmy
obozowisko w lesie sąsiada ok. 200 m od naszego gospodarstwa. Do nas
dołączyła samotna sąsiadka, pani Stefania Olobra oraz 18-letni
kuzyn Roman Kraszewski. W dniu 15 sierpnia 1943 r. odwiedzili nas
Ukraińcy z miejscowości Janin Bór [gm. Olesk], przekonując
rodziców, że nic nam z ich strony nie grozi i że powinniśmy
wracać do domu (dokonali rozeznania i zwiadu). My jednak zostaliśmy
nadal na miejscu.
Usłyszeliśmy
krzyk mamy
Dnia
16 sierpnia 1943 r. około godz. 14.00, kiedy kuzyn Roman wyszedł w
celu rozpoznania sytuacji, zauważyliśmy ośmiu Ukraińców
zbliżających się w naszym kierunku od strony naszego gospodarstwa.
Najstarszy funkcją Ukrainiec, dobrze uzbrojony, podszedł do ojca i
powiedział, że powinniśmy wracać do domu, ponieważ nic nam nie
grozi i nie ma powodu uciekać. Dopytywał się również, gdzie jest
kuzyn Roman, ponieważ chce go wraz z rodzicami przesłuchać i
poprosił ojca, żeby odszedł z nim w głąb lasu. Ojciec zgodził
się i odeszli tak, że nie było ich widać, ani słychać rozmowy.
Po kilku minutach wrócił i zabrał mamę. Kiedy tak staliśmy w
wielkim strachu, otoczeni przez pozostałych siedmiu bandytów, nagle
usłyszeliśmy krzyk mamy „Oj, serce!”. Wówczas pomalutku
zaczęliśmy oddalać się, bo przez moment tych siedmiu bandytów
zainteresowało się zawartością wozu. W tym momencie przybiegł
Ukrainiec, który wyprowadził rodziców i zaczął krzyczeć,
dlaczego nie robią z nami porządku. Sąsiadka pani Olobra uklękła
przed Ukraińcem i zaczęła go błagać o litość, żeby zostawili
ją w spokoju, na co ten dowódca przebił ją bagnetem umocowanym na
karabinie, mordując na naszych oczach. Wtedy zaczęliśmy uciekać w
kierunku naszego lasu i pozostawionego tam bydła. Najmłodszy brat
Tadeusz uciekał najwolniej, a kilku bandytów biegło za nim i tak
dobiegł do owiec i schował się za pasącego się barana. Baran,
widząc biegnącego naprzeciw człowieka, rozpędził się i z całą
siłą uderzył bandytę, który aż się przewrócił, a kiedy
chciał go uderzyć drugi raz, wówczas bandyta podniósł się i
zastrzelił barana. Tymczasem brat Tadeusz uciekł w zarośla i
tak zostało uratowane życie 7-letniego dziecka. Ja i mój starszy
brat uciekliśmy w zarośla i krzaki.
Jak
się okazało, mama, chociaż bardzo ranna, pokaleczona bagnetem,
będąc w szoku, zdołała uciec z miejsca tego mordu. Bandyta, kiedy
ją wyprowadził w krzaki, kazał zdjąć sukienkę, ponieważ była
wełniana, po czym uderzył ją kolbą w głowę, a kiedy zasłoniła
się ręką, wówczas bagnetem zranił rękę, a następnie
dwukrotnie zranił klatkę piersiową. Wtedy mama wydała ten
pamiętny okrzyk „Oj, serce!”, co (…) nas uratowało. Bandyta
tymczasem uznał, że mama już tam umrze, zabrał sukienkę i
pobiegł do furmanki. Wieczorem, kiedy już było ciemno, wszyscy
czworo spotkaliśmy się na torfowiskach w zaroślach, ale nie było
z nami naszego tatusia. I tak doszliśmy do znajomego Ukraińca,
który opatrzył rany mamy i wysłał nas nocą do Bielina w kierunku
Włodzimierza Woł., gdzie mieścił się Posterunek Samoobrony
Polaków. Nad ranem, kiedy przechodziliśmy obok wsi
ukraińskiej Pisarzowa Wola [gm. Werba], (…) Ukraińcy z daleka
[nas] zauważyli i zaczęli za nami wołać, my nie zatrzymaliśmy
się i tak doszliśmy do Bielina. Po tygodniu kuzyni (…) odwieźli
nas do Włodzimierza do bliższej rodziny.
Mama
długo nie mogła uwierzyć, że nasz tatuś nie żyje, nawet wówczas
kiedy do Włodzimierza przyjechał kuzyn Roman i powiedział, że po
odgłosach strzałów, późnym wieczorem poszedł na miejsce naszego
postoju i nieopodal, w krzakach za drzewami, potknął się o ciało
naszego tatusia, które przykrył gałęziami. I taki pogrzeb miał
nasz tatuś. W 1945 r., na podstawie karty ewakuacyjnej, w dniu 5
maja zostaliśmy przesiedleni do Hrubieszowa bez żadnych środków
do życia. Tak rozpoczęliśmy tułaczkę, wegetację, głód, chłód
i biedę w PRL.”
Zdzisław
Kraszewski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz