niedziela, 28 kwietnia 2019

Ks. Szczepan Chabło (1891-1948)


 Ks Józef Anczarski 


Ks. Szczepan Chabło (1891-1948)Święcenia kapłańskie w 1918 r. we Lwowie, 1919-45 administrator par. Chodaczków Wielki - dek. Tarnopol.
W 1945 r. wyjechał na Dolny Śląsk: 1946-48 proboszcz par. Gajków. Zm. 20 III 1948 r. w Głuchołazach k. Nysy, pogrzebany w Gajkowie.


Z niektórymi z wydarzeń, zapisywanymi na bieżąco w moich notatkach łączy się żywe uczucie i kiedy przyjdą na pamięć stają się tak bliskie i żywe, jakby dokonały się dzisiaj. Jeden z takich żywych epizodów powiązany jest z osobą ks. Szczepana Chabły. W moich notatkach zapisany jest pod datą 12 XI 1945 r. Ks. Chabło był proboszczem w parafii Chodaczków Wielki. Była to duża wieś w pobliżu Tarnopola. Ludność tej wsi była w 90 procentach polska. Stosunki narodowościowe w zasadzie układały się dobrze. W latach przedwojennych nie było jakichś większych tarć. One zaczęły się i rozogniły dopiero w czasach wojennych, kiedy w całej Małopolsce wrogość Ukraińców do Polaków szeroko podsycana przez Niemców wybuchła z niebywałą gwałtownością i znalazła swój tragiczny wyraz w rzeziach Polaków.  Ks. Chabło związany był z Chodaczkowem Wielkim od urodzenia. Tam przyszedł na świat, tam uczęszczał do podstawowej szkoły, tam miał rodziców, rodzeństwo i przyjaciół. Wreszcie został proboszczem w swojej rodzinnej miejscowości. Był człowiekiem z gruntu dobrym o łagodnym charakterze, był zrównoważony i spokojny. U parafian miał wielki szacunek, szanowali go też i Ukraińcy, z którymi nigdy nie miał żadnych zadrażnień. Dobry układ z ludnością ukraińską trwał nawet przez wszystkie lata wojny. Ks. Chabło uważał, że jest w Chodaczkowie Wielkim bezpieczny i nie sądził, aby kiedykolwiek spotkała go jakaś krzywda ze strony Ukraińców. Oni nawet nieraz zapewniali go, kiedy dochodziły wieści o mordowaniu Polaków i polskich księży, że to jest w Chodaczkowie niemożliwe: „Niech się ksiądz proboszcz niczego nie obawia i niech nigdy nie myśli o jakimś wyjeżdżaniu z Chodaczkowa". Ks. Chabło był więc bardzo spokojny. Miał u księży dekanalnych wielki mir. Był lubiany, nawet więcej - kochany. Z księżmi miał liczne kontakty, chętnie pomagał w pracy po sąsiedzku. Dla mnie osobiście ks. Chabło był człowiekiem bliskim, lubiłem go i każde z nim spotkanie było dla mnie radosne i miłe. Namówiłem nawet ks. proboszcza Wałęgę, by go do nas zaprosił z kazaniami pasyjnymi na Wielki Post. Kazania te były bardzo udane i podobały się ludziom.

Aż przyszedł tragiczny dzień, a raczej tragiczna noc 12 X1 1945 r. Już rano doszła do nas straszna wiadomość, że w Chodaczkowie Wielkim był napad na plebanię. Nie dowierzaliśmy tej wiadomości. Sądziliśmy, że to komuś się coś pokręciło, bo te potworne wydarzenia wciąż działy się w całej okolicy. A jednak tak było. Był napad na ks. Chabło. Szczęściem nie został zamordowany, ale niewiele brakowało, by się tak stało. Przed południem stawił się u nas sam ks. proboszcz. Był szary jak ziemia, postarzał się o kilka lat, trzęsły się mu ręce, z całej postaci przebijało przerażenie, które usiłował przykryć siłą swej woli. - Co się stało, księże proboszczu? - Był napad na plebanię. Słyszymy pukanie do drzwi. Sądziłem, że ktoś idzie. Wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem kupę ludzi z bronią. Pojąłem - to banda i napad. Od razu uciekamy z bratem na strych. Już się włamali. Już są w środku. Ciężko ranią postrzałem brata. Pada ze schodów na kamień posadzki. Jest na pół przytomny. Opowiadał później chłopak służący, że jeszcze żył po tym upadku, gdyż miał otwarte oczy i wodził nimi. Chłopak poradził mu, by zamknął oczy, co też uczynił. Dobili go strzałem w głowę. -Na strychu byli? -  Byli, szukali za mną. Uratowało mnie to, że wdrapałem się na osobny mały stryszek nad pokoikiem, znajdującym się na strychu. Nie wpadło im na myśl, że mogłem się tam ukryć. Dzięki temu dziś jeszcze żyję.
- A siostry? - Złapali je w budynku. Pomagały im w ładowaniu na wóz zrabowanych rzeczy, pomogły im nawet zaprząc moje konie.
-I konie zabrali? - Tak, z wozem. Jedna siostra uciekła, drugą zabili trzema strzałami. Ot i koniec sprawy. Już ludzie u mnie nawet wiedzą kim byli sprawcy napadu. To Ukraińcy z Horodyszcza przy współpracy z miejscowymi. - Zostało coś księdzu z odzieży? - Tyle, co na mnie. W całym napadzie chodziło o zamordowanie mnie. Przy okazji był rabunek.

Zamordowanych pogrzebano w Chodaczkowie Wielkim. Pogrzeb odbył się w wielkim pośpiechu. Ks. Chabło przy pomocy jakiegoś człowieka zrobił dwie trumny z nieheblowanych desek, odprawił za brata i siostrę cichą Mszę Św. i ciała ofiar złożono w dużej mogile na cmentarzu. Głos trąby anielskiej zbudzi ich na zmartwychwstanie, aby oskarżyć zbrodniarzy przed sądem sprawiedliwego Boga. Ks. proboszcz Chabło przeniósł się do Tarnopola z siostrą, której udało się uciec od śmierci. Podziwiałem jego męstwo w znoszeniu tragedii. Wyjechał na Zachód pierwszym transportem po zbrodni. Stanął do pracy w diecezji wrocławskiej. Był wzorem kapłana. Odszedł do Boga 20 III 1948 r. Wspominam go nieraz, zawsze ciepło i serdecznie. Zawsze z jakimś bólem, który w dniu zbrodni zakodował się w mym sercu i od czasu do czasu dochodzi do głosu.


Zródło: Ks Józef Anczarski  
"Kronikarskie zapisy z lat cierpień i grozy w Małopolsce Wschodniej 1939-1946" 
Lwów-Kraków 1998, str 435-437.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz