środa, 24 lipca 2013

W obronie rekonstrukcji

Fala krytyki przetoczyła się przez niektóre media – na czele z „Gazetą Wyborczą” – po tym, jak w Radymnie koło Przemyśla zorganizowano historyczną rekonstrukcję ataku UPA na polską wieś podczas rzezi wołyńskiej.
Oburzony Adam Leszczyński odsyłał rekonstruktorów z Radymna „pod Grunwald”; Klaus Bachmann jednym pociągnięciem lekkiego pióra umiejscowił rzecz w kategorii „widowisko”. Zbyt lekko, zbyt prosto, panowie...

Zamiast potępiać organizatorów i widzów z Radymna, warto najpierw zastanowić się nad ich motywami. Bo gdy mowa o rekonstrukcjach, kwestia motywacji jest kluczowa – obok kwestii granic i sposobu przedstawienia tematu. Inną motywację ma 19-latek, który z grupą rówieśników odtwarza wojów z Rusi Kijowskiej i w tych dniach jedzie na Wolin, gdzie tysiące podobnych pasjonatów z całej Europy zjawią się na Festiwalu Słowian i Wikingów. Trochę inną 50-letni radca prawny – kolejny mój znajomy – który we wrześniu weźmie urlop, by wcielić się w szeregowca Wojska Polskiego podczas rekonstrukcji bitwy pod Tomaszowem Lubelskim, dramatycznej batalii finału kampanii wrześniowej 1939.

Ale w obu tych przypadkach – i również w Radymnie – istotną rolę odgrywa coś, co można nazwać „historią przeżywaną”. Żyjemy w czasach, gdy obraz historii w masowej wyobraźni kształtują – inaczej niż 50 lat temu – w mniejszym stopniu podręczniki i książki (naukowe bądź beletrystyczne), a przede wszystkim obrazy filmowe, oddające też emocje (nieprzypadkowo popularne dziś książki historyczne to takie, które oferują także human story). Mamy tu do czynienia z – nazwijmy to – pragnieniem „zobaczenia”, „dotknięcia”, choćby w postaci namiastki, doświadczenia naszych przodków. Tak można interpretować zjawisko społeczne, jakim są dziś w Europie i Ameryce rekonstrukcje. Niekiedy sprowadzają się do widowiska. Ale niekiedy stają się rodzajem performance’u, na granicy teatru, sztuki.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz