piątek, 4 października 2013

Kwestia ukraińska – pojednanie kosztem kłamstwa wołyńskiego

70. rocznica dramatycznych wydarzeń na Wołyniu i haniebne zanegowanie przez sejmową większość faktu ludobójstwa na Polakach stawiają znak zapytania nad stanem współczesnych relacji polsko-ukraińskich. Przy okazji w szeroko rozumianych środowiskach narodowo-patriotycznych powróciła kwestia relacji z ukraińskimi ruchami narodowymi, a ściślej biorąc „Swobodą”.


Relacje polsko-ukraińskie w ostatnim stuleciu były nacechowane bilateralnymi konfliktami.   To w  austryjackiej Galicji zaczęła się rywalizacja między żywiołem polskim, a nowoczesnym ruchem narodowym ukraińskim. Roman Dmowski, który sprawie ukraińskiej poświęcił wiele miejsca w swoich publikacjach, szczególnie sceptycznie oceniał właśnie ruch polityczny zainicjowany w zaborze austryjackim i jak pisał – wspierany przez zarówno Wiedeń, jak i Berlin.  „Ruch narodowy małoruski, czyli ukraiński ma swoje pierwsze początki w dwóch ośrodkach: w Rosji na wschód od Dniepru, gdzie był on głównie ruchem literackim, i w Polsce austriackiej, gdzie był on głównie ruchem politycznym i socjalnym, zwróconym zarówno przeciw Polakom, jak przeciw Rosji”. Zdaniem Dmowskiego „będąc narzędziem w walce Niemców z Polakami, ruch ukraiński przybrał charakter czysto negatywny”. Już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1924 w swoim sztandarowym dziele „Polityka polska Odbudowanie państwa” Dmowski przypomniał, że „nie należy zaś zapominać, że Niemcy na długo przed wybuchem wojny powzięli myśl zorganizowania Małorusinów w państwo ukraińskie i że dawali otwarte poparcie ukraińskiemu ruchowi narodowemu”. Te wydawałoby się dość archaiczne słowa przywódcy ruchu narodowego sprzed prawie stu lat nie pozostają do końca oderwane od dzisiejszej rzeczywistości geopolitycznej.
Od wielu już lat trwa w Polsce konsekwentna kampania polityczno-medialna, aby przejść do porządku dziennego nad kultem OUN-UPA na Ukrainie. Dużo wydarzeń zza wschodniej granicy celowo się cenzuruje, względnie docierają one do niewielkiego grona odbiorców zainteresowanych tą tematyką. Kontynuacja polskiej polityki „pojednania” z Ukrainą sięga co najmniej czasów kiedy prezydenci Polski i Ukrainy prewencyjnie szukali w „Ogniem i Mieczem” elementów zagrażających dobrym wspólnym relacjom obu narodów. Pod tym względem mamy do czynienia z zadziwiającą ciągłością oficjalnej polityki zagranicznej III RP. Jak wygląda ta polityka „nieirytowania” sąsiadów przekonaliśmy się w lipcu, przy okazji prac nad tekstem uchwały sejmowej o wydarzeniach na Wołyniu. Wbrew prawdzie historycznej i wcześniejszym podobnym uchwałom polskiego parlamentu nie zdecydowano się na użycie słowa „ludobójstwo”. Wcześniej polski sejm uznał za ludobójstwo działania Turków wobec Ormian i mordowanie Polaków w ZSRS z rozkazu Stalina. Mimo takiego stanowiska najbardziej nacjonalistyczna część Ukraińców pozostała  nieusatysfakcjonowana.
W specyficznej atmosferze medialnej wokół relacji Polska-Ukraina pojawiają się niepokojące sygnały sojuszu ukraińsko-niemieckiego, na który przed stu laty zwracał uwagę Dmowski. Symboliczne jest przede wszystkim objęcie uwięzionej Julii Tymoszenko osobistym patronatem niemieckiej deputowanej Eriki Steinbach, szefowej Związku Wypędzonych. To właśnie Berlin najgłośniej dopomina się o uwolnienie byłej premier z aresztu pod groźbą pogorszenia relacji z Unią Europejską. Nie przesądzając o winie czy niewinności byłej premier nie można zwrócić uwagi na fakt, że jej najgorliwsi obrońcy należą do niemieckiej partii rządzącej. W czym - jak pamiętamy nawet kosztem Euro2012 - wspierają ich politycy z Warszawy.

Zupełnie przypadkowo w tym kontekście pojawia się obecnie pomysł z partii Tymoszenko o „wypłacie pomocy materialnej Ukraińcom wysiedlonym z PRL na terytorium radzieckiej Ukrainy po 1944 roku”.
Tymczasem dominuje u nas pogląd o roli adwokata Ukrainy w staraniach o członkostwo Unii Europejskiej. Adwokata tyleż samozwańczego co działającego non-profit, a wręcz na własną szkodę.

Marek Wojciechowski – niezależny publicysta, specjalizuje się w tematyce europejskiej i historycznej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz