sobota, 17 sierpnia 2013

Wołyń 1939-1944. Historia pamięć pojednanie



Opowieść o dramatycznych zmaganiach Polaków na Wołyniu w obronie wiary, polskości i godności ludzkiej w latach II wojny światowej. Inspirację do jej powstania stanowiła niezwykła podróż, jaką autor, po sześćdziesięciu latach nieobecności, odbył na swój rodzinny Wołyń. To podczas niej zapisane w pamięci zdarzenia, często bardzo tragiczne, jakie miały tu miejsce w latach II wojny światowej, odżyły z nową siłą. Książka nie jest oparta jedynie na subiektywnych wspomnieniach autora, ale również na solidnej, zdobywanej przez lata wiedzy, dokumentach i materiałach archiwalnych. Jej zakres chronologiczny obejmuje lata II Rzeczypospolitej, okupację sowiecką i niemiecką, akcje antypolskich nacjonalistów ukraińskich, walki w szeregach 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK oraz spotkanie po latach z mieszkańcami rodzinnej wsi. Wiele miejsca zajmują refleksje i rozważania dotyczące przyczyn i skutków tragicznych wydarzeń wołyńskich, możliwości udzielenia pomocy zagrożonej ludności polskiej, niespełnionych nadziei na porozumienie polsko-ukraińskie i powstrzymywanie krwawej rozprawy nacjonalistów ukraińskich z ludnością polską, współdziałania 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK z jednostkami Armii Sowieckiej. Problemy te autor rozpatruje z uwzględnieniem ówczesnych realiów politycznych, społecznych i wojskowych oraz układu sił w toczącej się wojnie. Wiele uwagi poświęca też problemowi pojednania polsko-ukraińskiego. Podkreślając jego ważność i konieczność dla dobra przyszłych pokoleń Polaków i Ukraińców w jednoczącej się Europie, wskazuje na związane z tym procesem niebezpieczeństwo zatarcia prawdy o tragedii wołyńskiej, jednym z największych dramatów w dziejach narodu polskiego.ISBN 978-83-7399-517-8
Format 176x250 mm. s. 280
Rok wydania 2012
Oprawa twarda



Wołyń 1939-1944. Historia pamięć pojednanie
SPIS TREŚCISPIS TREŚCI
Zmagania o przetrwanie w imię wiary, polskości i godności ludzkiej 5
Wołyń po przeszło stuletniej niewoli 6
Wołyń – moja mała Ojczyzna 18
Wkroczenie Sowietów 40
Z deszczu pod rynnę 45
W drodze do Łucka 52
W Lasach Szackich 58
Sztuń – walki z frontowymi jednostkami niemieckimi 61
Droga do partyzantki 71
Tragedia w Kustyczach i Dominopolu 86
Na placówce w Czernijowie – walki w Lasach Świnarzyńskich 88
Przebraże – bastion polskiej samoobrony 93
Konferencja w Łucku 106
W drodze do Iwanicz 110
Po sześćdziesięciu latach 113
Poryck – sześćdziesiąta rocznica wydarzeń wołyńskich 132
Odsłonięcie kompleksu pomnikowego na Skwerze Wołyńskim w Warszawie 146
Rozważania w sprawie przyczyn i skutków wydarzeń wołyńskich 153
Osamotnieni w obronie wiary, polskości i godności ludzkiej 167
Akcje odwetowe i prewencyjne 186
Niespełnione nadzieje na porozumienie polsko-ukraińskie 198
27 WDP AK – fenomen Polskiego Państwa Podziemnego 212
Zakończenie 247
Bibliografia 257
Indeks nazwisk i pseudonimów 265
FRAGMENTZ deszczu pod rynnę
(...)
W mojej miejscowości pozostało tylko kilka rodzin żydowskich przy stacji kolejowej Iwanicze. Kilku dawnych mieszkańców zostało zamordowanych zaraz w pierwszych dniach po wejściu wojsk niemieckich, niektórzy zaś odeszli z wycofującymi się Sowietami. Wśród pozostałych rodzin żydowskich miałem kolegów ze szkolnych lat, z którymi przed wojną przyjaźniłem się. Pamiętam jak pewnego dnia latem 1942 roku przyszli w trójkę mnie odwiedzić. Nie byli to już ci znani z poczucia humoru weseli chłopcy. Rozmowa początkowo zupełnie nie kleiła się. Byli poważni, spięci, małomówni i zatroskani. Starałem się z siostrą jakoś ich rozruszać. W sadzie naszym właśnie dojrzewały wiśnie, i tam, na łonie natury powoli napięcie zaczęło ustępować. Weszliśmy na drzewa i raczyliśmy się dojrzałymi soczystymi wiśniami. Oderwaliśmy się na chwilę od nurtujących nas niespokojnych myśli i trosk. Po chwili nasza rozmowa zeszła na aktualne problemy. Zaczęliśmy rozmawiać o naszych wspólnych znajomych i ich losach. W ich wypowiedziach wyczuwało się niepokój o najbliższą przyszłość. Podzielałem ich obawy, ale nie potrafiłem znaleźć rozsądnego rozwiązania, dać jakieś wskazówki, radę. Starałem się tylko uspokoić kolegów, mieć nadzieję, że nie nastąpi to najgorsze, że wszystko zakończy się pomyślnie. Wówczas nie wierzyłem, że Niemcy mogą się zdobyć na zagładę całej ludności żydowskiej Wołynia, a popełnione do tego czasu zbrodnie na Żydach, o których wieści dochodziły do nas, wiązałem z bezprawiem panującym w początkowym okresie wojny. Miałem nadzieję, że po ustanowieniu administracji władz okupacyjnych do takich zbrodni już nie dojdzie. Nie wiem, na ile ta moja ocena sytuacji uspokoiła kolegów. Zaprosiłem ich na kolejne odwiedziny. Niestety, było to nasze ostatnie spotkanie. Wczesną jesienią 1942 roku policja ukraińska wyprowadziła wszystkie rodziny żydowskie z Iwanicz w kierunku Porycka. Jak później dowiedzieliśmy się, zamordowano ich wraz z innymi w Lasach Poryckich. Wiadomość ta mocno mną wstrząsnęła. Do dziś, na samo wspomnienie o tym, jest mi ciężko na sercu, a to ze względu na naszą bezsilność w zapobieżeniu tej tragedii. Wtedy nie przypuszczałem jeszcze, że wkrótce rozegra się kolejny krwawy dramat, który dotknie także ludność polską.
W 1942 roku wydawało się, że ludność ukraińska Wołynia, po złych doświadczeniach w okresie okupacji sowieckiej, zawiodła się także na okupantach niemieckich. Nacjonaliści ukraińscy od początku wojny pokładali duże nadzieje na wyzwolenie Ukrainy i utworzenie u boku Rzeszy Niemieckiej niezależnego państwa ukraińskiego. Dlatego z wielkim entuzjazmem witano wkraczające wojska niemieckie w czerwcu 1941 roku. Ale tu srogo zawiedli się. Z próbą utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego Niemcy szybko się rozprawili. Powołany 30 czerwca we Lwowie przez OUN-B rząd Jarosława Stećki przetrwał tylko kilka dni. Członków rządu zatrzymano i wywieziono, nastąpiły aresztowania działaczy OUN. Utworzona po wkroczeniu wojsk niemieckich na Wołyń ukraińska administracja i samorząd zostały wkrótce podporządkowane Niemcom. Kierownicze stanowiska w tej administracji zajęli Niemcy, pozostawiając Ukraińców na stanowiskach niższych i wykonawczych. Rozwiązana została milicja ukraińska, a w jej miejsce utworzono pomocniczą policję ukraińską w służbie niemieckiej. Zawiedli się również chłopi ukraińscy. Oczekiwali bowiem, że głoszone przez Niemców zniesienie kolektywnej gospodarki sowiec-kiej przyniesie im materialne korzyści w postaci przydziału ziemi należącej do kołchozów i sowchozów. Tak się jednak nie stało. Niemcy zlikwidowali tylko kołchozy, natomiast pod zarządem niemieckim pozostawili sowchozy (wielkie posiadłości ziemskie), zmieniając jedynie ich nazwę na „Liegenschaftsgut”. W ten sposób utrzymano w zasadzie częściowo system gospodarki kolektywnej, co miało zapewnić im łatwiejsze wykorzystanie zasobów rolnych. Jednocześnie na indywidualne gospodarstwa rolne nałożono wysokie kontyngenty, które ściągano z całą bezwzględnością. Wobec niewywiązujących się z obowiązkowych kontyngentów stosowano ostre represje, do palenia całych wsi włącznie przez karne ekspedycje. Okupant rozpoczął bezwzględny rabunek ekonomiczny na wołyńskiej ziemi. Stąd też początkowe sympatie proniemieckie ludności ukraińskiej poważnie osłabły. Pewna odrębność Wołynia w porównaniu z Małopolską Wschodnią (jaka dała się zauważyć zresztą jeszcze przed wojną), nieprzychylne nastawienie do Sowietów oraz zanikanie poparcia dla okupanta niemieckiego wskazywały na możliwość nieangażowania się Ukraińców wołyńskich przeciwko Polakom. I tak początkowo było. Ukraińcy wołyńscy zajmowali wyczekujące stanowisko. Trwało to jednak krótko. Z Małopolski Wschodniej, na terenie której znajdowało się centrum kierownictwa OUN-B, zaczęli przybywać agitatorzy galicyjscy, szerząc ideę walki o wolną i niepodległą Ukrainę. W ich działalności agitacyjno-propagandowej nie brakowało elementów antypolskich. Nawiązywano do wydarzeń okresu międzywojennego oraz wojen kozackich i buntów chłopskich, rozbudzając nienawiść do Polaków. Zorganizowana specjalna służba informacyjna docierała do wszystkich warstw ludności, do najmniejszej wioski włącznie. W szybkim tempie rosły szeregi OUN, a szczególnie szeroki odzew ta działalność znalazła wśród młodzieży.
Na skutki tej wrogiej agitacji nie trzeba było długo czekać. Po likwidacji gett, dokonanej w 1942 r. na Wołyniu przez Niemców z udziałem policji ukraińskiej, rozpoczął się terror wobec ludności polskiej. Ożywiła się antypolska działalność ukraińskich nacjonalistów, skierowana początkowo przeciwko Polakom zatrudnionym w administracji rolnej i leśnej, a następnie także przeciwko ludności wiejskiej, głównie we wschodnich powiatach Wołynia. Mnożyły się zabójstwa pojedynczych osób i ich rodzin, coraz częściej dochodziło do morderstw masowych. Od 11 do 13 listopada 1942 roku miała miejsce pierwsza masowa zbrodnia w kolonii Obórki (gm. Kołki, pow. Łuck) popełniona na ludności polskiej przez policję ukraińską, w której zginęło 37 Polaków (w tym kobiety i dzieci), 1 Ukrainka i 1 Żydówka . Masakry dokonano za pomoc udzielaną ukrywającym się Żydom. W niedługim czasie po tym wydarzeniu nacjonaliści ukraińscy przystąpili do eksterminacji ludności polskiej. Zapoczątkowała ją rzeź mieszkańców polskiej kolonii Parośla (gm. Antonówka, pow. Sarny) 9 lutego 1943 roku, gdzie zamordowano 149 Polaków (bez względu na wiek i płeć) oraz 6 przebywających tam Rosjan . Zbrodni dokonała banderowska sotnia pod dowództwem Korziuka Fedira „Kory”, podszywająca się pod sowieckich partyzantów . Od marca 1943 r. tworzone bojówki i oddziały nacjonalistów ukraińskich przystąpiły do systematycznego i planowego oczyszczania Wołynia z ludności polskiej. Terror i masowe rzezie narastały stopniowo wraz z rozwojem zbrojnych bojówek i oddziałów nacjonalistów ukraińskich. Początkowo były to zabójstwa pojedynczych osób i ich rodzin oraz Polaków z małżeństw mieszanych, potem nastąpiły rzezie całych rodzin polskich we wsiach, w których Ukraińcy stanowili większość, a w końcu napady z zaskoczenia i rzezie objęły mniejsze osady i wsie polskie. W napadach na większe skupiska ludności polskiej zawsze uczestniczyły oddziały UPA i część miejscowej ludności ukraińskiej. W kwietniu i maju 1943 roku nastąpiły masowe ataki oddziałów UPA na polskie wsie we wschodnich powiatach Wołynia. W czerwcu masowe rzezie ludności polskiej objęły powiaty dubieński i łucki, a w lipcu i sierpniu rozszerzyły się na powiaty: horochowski, włodzimierski, kowelski i lubomelski. W zagrożonych wsiach i osadach polskich powstawały samorzutnie placówki samoobrony. Były one jednak za słabe, aby mogły skutecznie przeciwstawić się liczniejszym i dobrze uzbrojonym napastnikom. Przetrzymały tylko większe bazy samoobrony, jak: Przebraże, Zasmyki, Pańska Dolina, Bielin, Stara Huta. Bezbronna ludność polska albo ginęła z rąk nacjonalistów ukraińskich, albo uciekała do większych miast, licząc na obronę ze strony okupanta niemieckiego. W przepełnionych miastach panował głód, ludzie koczowali pod gołym niebem, a organizowana przez Kościół i miejscowych mieszkańców pomoc dla uciekinierów nie mogła rozwiązać wszystkich problemów. Korzystał na tym okupant. Ocaleli Polacy, pozbawieni podstawowych środków do życia, łatwo zgadzali się na opuszczenie Wołynia, a nawet na wyjazd do Niemiec na przymusowe roboty. Coraz częściej wyjeżdżano także do centralnej Polski.
(...)
(...)
Po sześćdziesięciu latach
Bezbłędnie wskazuję drogę do domu moich dziadków, chociaż w najbliższym sąsiedztwie zaszły również pewne zmiany. Nie ma już budynku szkoły naprzeciwko domu dziadków, do której chodziłem jako dziecko. Nie ma remizy strażackiej, w której odbywały się zabawy. Nie ma alei bzów, prowadzącej do dworu pana Iwanickiego (dawnego właściciela Iwanicz, w którym mieszkały przed wojną 4 rodziny Czechów), nie ma także dworu. Po dużej stodole, należącej niegdyś do zabudowań dworskich, pozostał tylko wysoki słup z bocianim gniazdem. Widocznie z rozebranej stodoły przeniesiono je w tym samym miejscu na słup. Ku mojemu zaskoczeniu w gnieździe widzę bociana – jest zatem zajęte! Ileż to pokoleń bocianich przewinęło się przez tych 60 lat, jakie upłynęły od opuszczenia przeze mnie Iwanicz. Bociany wracają do rodzinnych stron, mają tu swoje gniazda. A ludzie? Nie mogą i nie mają do czego wracać.
Wchodzę na podwórze. W ogrodzie pracują 2 kobiety, proszę jedną z nich. Podchodzi starsza, przedstawiam się i mówię, że w tym domu mieszkali moi dziadkowie i tu się urodziłem, a tam (na Osieczniku) był nasz dom. Słyszę, o Boże, ja pamiętam pana ojca – był tu nauczycielem, a także was i waszą siostrę. Zaczęliśmy rozmawiać, kobieta wiele pamiętała, choć była sporo młodsza ode mnie. Ja też jak przez mgłę pamiętam jej rodzinę. I tak rozmawiamy spokojnie, bez emocji. Wtem nadchodzi sąsiadka – patrzy na mnie jakoś dziwnie, przygląda się i przygląda, i nagle woła na mnie tak, jak wołała mnie zdrobniale moja matka – Dusiek! Przez całą drogę i po przyjeździe tu panowałem nad emocjami i wzruszeniem. Ale to, co się stało, zupełnie mnie rozkleiło, i nie tylko mnie, ale i ją, i moich ukraińskich kolegów. Rzuciliśmy się w objęcia, a łzy polały się same. Okazało się, że nazywa się Pryśniocha, jest rówieśnicą mojej siostry i razem chodziły do szkoły. Poznała mnie, ponieważ w starszym już wieku jestem bardzo podobny do ojca. Rozmowa nabrała dynamiki. Mówiliśmy bezładnie, po polsku, po ukraińsku. O wszystkim: o młodości, o wojnie, o naszych rodzinach, o dzieciach. Wspominaliśmy tamte dawne lata młodzieńcze, wspólne niezapomniane przeżycia, jak chodziliśmy wieczorami i śpiewali ukraińskie dumki, a także polskie i czeskie pieśni. Pamiętała wszystko: moich rodziców, siostrę, a nawet to, że moja babcia, Maria Szymunkowa, zamawiała kurzajki. Padały pytania o powojennych losach naszych znajomych – mieszkańców Iwanicz. Okazuje się, że tylko nieliczni z dawnych czasów mieszkają w Iwaniczach. Serdeczna i niewymuszona atmosfera naszego spotkania przypominała przedwojenne zgodne współżycie na tym terenie Polaków, Ukraińców, Czechów. Nie dzieliła nas ani narodowość, ani religia. Wydawało się, że ta rozmowa nie będzie miała końca. Pytałem, dlaczego tyle nieszczęścia stało się w 1943 roku. Co się zatem zdarzyło, że dzika nienawiść wzięła górę i doprowadziła do zbrodni? Kto ponosi winę za rozpętanie krwawej czystki na Wołyniu, w której masowo ginęła niewinna ludność nie tylko polska, ale i ukraińska? Nie umieliśmy jednoznacznie wytłumaczyć tego sobie.
Nastroje antypolskie miejscowej ludności ukraińskiej nasiliły się na początku okupacji sowieckiej. Podsycane przez propagandę sowiecką, wystąpiły z całą siłą konflikty na tle narodowościowym i klasowym. Utożsamianie tzw. polskiego jarzma z pojęciem Polski i Polaków wytwarzało atmosferę wrogości Ukraińców do wszystkiego, co polskie. Rozpoczął się terror i prześladowania Polaków (aresztowania, wywózki na Sybir). Nastroje prosowieckie ludności ukraińskiej trwały jednak krótko, bowiem represje ze strony władzy sowieckiej z czasem objęły nie tylko Polaków, ale także Ukraińców. Nacjonaliści ukraińscy, którzy z zadowoleniem przyjęli klęskę państwa polskiego, spotkali się z brutalnym prześladowaniem. Narastały wśród nich tendencje antysowieckie o wyraźnym zabarwieniu nacjonalistycznym, które zaczęły obejmować szersze rzesze ludności ukraińskiej. Coraz więcej zwolenników zaczęła uzyskiwać Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), głęboko zakonspirowana na terenie Wołynia.
Terror wobec ludności polskiej nasilił się podczas okupacji niemieckiej. W polityce narodowościowej na Wołyniu Niemcy oparli się na elemencie ukraińskim, wykorzystując antagonizmy istniejące między Ukraińcami i Polakami. Stąd też ludność polska Wołynia poddana była nie tylko terrorowi okupanta niemieckiego ale także zdecydowanie antypolskiej administracji i policji ukraińskiej w służbie niemieckiej. Nacjonaliści ukraińscy rozpoczęli zakrojoną na dużą skalę agitację antypolską wśród ludności ukraińskiej w ramach przygotowań do „rewolucji narodowej”, mającej doprowadzić do niepodległej Ukrainy. W swej propagandzie nawiązywano do tradycji buntów chłopskich i powstań kozackich w XVII–XVIII w., wskazując na Polaków jako głównych wrogów stojących na drodze do niepodległej Ukrainy. Na skutki tak prowadzonej agitacji nie trzeba było długo czekać. W 1942 roku na Wołyniu początkowo zaczęły się zabójstwa Polaków zatrudnionych w leśnictwie i administracji rolnej, a następnie dotknęło to także pojedynczych rodzin polskich. Zagrożenie ludności polskiej narastało. Od marca 1943 roku nastąpiły już zorganizowane napady UPA i bojówek OUN na wioski i osady, podczas których miały miejsce masowe rzezie bezbronnej ludności polskiej. Rozpoczęte we wschodnich powiatach Wołynia, stopniowo objęły wszystkie powiaty. Rok 1943 – to apogeum bestialskich rzezi na Wołyniu, to rok pogromu i niszczenia wszystkiego, co polskie.
Tragiczne wydarzenia dotarły również do naszej miejscowości. Byliśmy w środku tych wydarzeń. W owym czasie mieszkałem z rodzicami w Iwaniczach, leżących na linii kolejowej Włodzimierz Wołyński–Sokal i przeżyłem grozę narastania zagrożenia ze strony nacjonalistów ukraińskich oraz rzezie wsi polskich w lipcu w powiecie włodzimierskim. Wszystko zaczęło się od przedwiośnia 1943 roku, które przyniosło niepokojące wieści o napadach na Polaków dokonywanych przez zbrojne oddziały nacjonalistów ukraińskich. Początkowo mówiono o zabójstwach pojedynczych osób i ich rodzin gdzieś daleko od nas – na wschodnim Wołyniu, później coraz częściej o masowych rzeziach całych wsi coraz bliżej i bliżej. To siało grozę, powietrze stawało się bardziej gęste, a my zastanawialiśmy się, co będzie dalej. Na początku marca poszła do lasu stacjonująca w Iwaniczach policja ukraińska. Został tylko posterunek niemiecki przy stacji. Niemcy pilnowali kolei i młyna, nie zapuszczali się w teren. W końcu i u nas w najbliższym sąsiedztwie były pierwsze ofiary. Zamordowani zostali: w nocy z 18 na 19 marca 1943 roku w Zabłoćcach (gm. Grzybowica) zarządca majątku Jan Figiel i organista parafii rzymskokatolickiej Józef Łebkowski (odnaleziono ich związanych drutem kolczastym, pokłutych nożem po całym ciele, z wydłubanymi oczami i poobrzynanymi członkami dopiero po 10 dniach); 19 marca w Żdżarach (gm. Grzybowica) – nauczyciel Kazimierz Maderski (zastrzelony ośmioma kulami); 20 marca w Lachowie (gm. Poryck) leśniczy Jerzy Dołhmut (porucznik WP) oraz zarządca majątku Piotr Berhat; 28 marca w kol. Nowiny (gm. Grzybowica) – Franciszek Baran i 2 jego synów: Eugeniusz i Feliks. Mordów dokonali policjanci ukraińscy, którzy zbiegli ze służby niemieckiej. Sytuacja w naszym rejonie stawała się groźna, należało się liczyć, że w najbliższym czasie może dojść i u nas do masowych mordów. Na naradach w naszym domu, które prowadził por. Jerzy Krasowski, komendant konspiracyjnej siatki AK, często zastanawiano się nad tym, jak zapobiec nieszczęściu i obronić rozrzucone w terenie rodziny polskie przed napadami. Brakowało broni, a jedyna rozsądna propozycja, aby zgromadzić ludność w kilku większych wsiach i zorganizować tam samoobronę, nie znalazła zrozumienia wśród zdecydowanej większości Polaków. Zbliżały się żniwa i przed zebraniem plonów nikt nie chciał opuścić gospodarstwa. Ludzie pokładali nadzieję w ukraińskich sąsiadach, licząc, że nie dopuszczą do zbrodni i obronią. Po marcowych zabójstwach w naszej okolicy było na ogół spokojnie i to uśpiło naszą czujność. Jeszcze wtedy, mimo atmosfery strachu, nic nie zapowiadało nadejścia tego strasznego 11 lipca.
Na początku lata w naszym rejonie rządziła już UPA. Pamiętam, parę dni przed 10 lipca 1943 roku uzbrojeni upowcy poruszali się swobodnie, jeździli furmankami od domu do domu, zbierali kontyngent, tłuszcze, chleb, samogon. Uspokajali wszystkich, zapewniając, że są silni i nie boją się Niemców. Na drogach rozstawili patrole, które nie pozwalały przechodzić ze wsi do wsi. Nad ranem 11 lipca ktoś gwałtownie zastukał do okna. To znajomy ojca przybiegł z pobliskiej kolonii Gurów z wiadomością, że Ukraińcy napadli na śpiącą wieś i zabijają wszystkich bez wyjątku. A więc przyszło najgorsze. Pospiesznie zebraliśmy się i pobiegliśmy do czeskich Iwanicz Nowych, pół kilometra od naszego domu. Od strony Gurowa słychać było strzały. Ukrywaliśmy się u czeskich gospodarzy dzień i następną noc. Do nas dołączył także Jerzy Krasowski. Andrij Martyniuk, dobry znajomy ojca, i kilku innych Ukraińców z Iwanicz Starych przyszło, żeby nas uspokoić. Pilnują, osłaniają, ale radzą jak najszybciej wyjechać do miasta.
Stojąc na podwórku przed domem, w którym się urodziłem, i jednocześnie w miejscu, które przed sześćdziesięciu laty opuściliśmy z całą naszą rodziną pozostawiając wszystko, ratując tylko życie, w myślach odżyły wydarzenia z ostatnich chwil mojego pobytu tu, w tej rodzinnej wsi. Pamiętam, jak w pierwszym dniu ukrywania się u Czechów odszukał nas Ukrainiec Aleksy Finiak, teść Jerzego Krasowskiego, i przed nadchodzącą nocą zaproponował swemu zięciowi i mnie nocleg u niego w domu. Uzasadniał to tym, że bezpieczniej będzie jeżeli rozdzielimy się i nie będziemy wszyscy w jednym miejscu. Propozycja wydawała się logiczna, więc wyraziliśmy zgodę. Przypominam sobie, że tylko moja matka miała do tego zastrzeżenia i była przeciwna rozłączeniu rodziny. Ale ojciec ją przekonał. Po zapadnięciu zmroku ścieżkami przez łąki udaliśmy się do domu Aleksego Finiaka, odległego około pół kilometra. Gospodarz ulokował nas w małym pokoiku, w którym okno wychodziło na podwórze, skąd było widać główną drogę biegnącą przez wieś. Rozmowa z gospodarzami jakoś nie kleiła się, wszyscy byliśmy jacyś spięci. Kiedy zostaliśmy sami, Krasowski postanowił, że będziemy na zmianę czuwać. Ale jakoś nikomu z nas nie spieszyło się do spania. Było już po północy, kiedy nagle usłyszeliśmy turkot jadących wozów i rozmowy. Na drodze ujrzeliśmy furmanki, które zatrzymały się przed podwórzem oraz uzbrojonych mężczyzn kierujących się w stronę domu Finiaka. Nie mieliśmy wątpliwości – byli to upowcy, którzy za chwilę wejdą do domu. Decyzja była natychmiastowa – może nas uratować tylko ucieczka. Na zapleczu domu wpadłem w gąszcz konopi, dobiegłem do łąki, pokonałem rów z wodą i znalazłem się wśród łanów zbóż. Ale nie zwolniłem biegu, biegłem dalej, aby tylko oddalić się od ewentualnego pościgu. W końcu bardzo wyczerpany zatrzymałem się. Wokół mnie tylko zboża i cisza, nie ma Krasowskiego, który widocznie obrał inną drogę ucieczki. Nie wiedziałem, gdzie jestem, miałem tylko świadomość, że znajduję się na rozległych polach, które ciągną się między Iwaniczami, Romanówką i Gurowem. Zamierzałem wrócić do Iwanicz czeskich i dołączyć do rodziny, ale straciłem orientację i nie wiedziałem, w jakim kierunku się udać. Obawiałem się, że mogę wyjść na Romanówkę lub Gurów i tam natknąć się na upowców. Kiedy tak rozmyślałem, doszło do mnie z oddali szczekanie naszego psa „Miśka”, który pozostał przy domu. Był to duży pies, a jego charakterystyczny głos poznałbym wszędzie. Obrałem kierunek na nasz opuszczony dom. Z zachowaniem ostrożności, powoli i w skupieniu doszedłem do miejsca, skąd widać było zarysy zabudowań. Byłem zatem już prawie w domu. Nie miałem jednak odwagi, aby wejść chociaż na chwilę na podwórko i podziękować „Miśkowi”. Obawiałem się, że upowcy mogą tam na nas czekać. Z ciężkim sercem, dużym łukiem obszedłem zabudowania i znanymi ścieżkami przez łąki udałem się w kierunku czeskich Iwanicz. Zaczęło już świtać. Wchodząc na podwórze domu, w którym przebywali rodzice i siostra, zobaczyłem jakąś poruszającą się postać. Była to moja matka, która niepokoiła się o mnie, nie spała i czekała na mój powrót. Wróciłem szczęśliwie, cały przemoczony (przy pokonywaniu rowu i od rosy zbóż), wyczerpany i załamany psychicznie. Po pewnej chwili pojawił się także Jerzy Krasowski, cały i zdrowy. Byliśmy zatem znowu w komplecie.
(...)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz