środa, 21 sierpnia 2013

KRESY PAMIĘTAMY

Z AGNIESZKĄ BIEDRZYCKĄ, KS. ROMANEM DZWONKOWSKIM,
JANUSZEM KURTYKĄ I JANUSZEM SMAZĄ
ROZMAWIA BARBARA POLAK

B.P. – Chociaż od kilkudziesięciu lat dodajemy do Kresów
słowo „byłe”, to są one nadal bardzo ważne dla
naszej historii i tożsamości. Historia „obcięła” nam na
wschodzie połowę ziem, należących do I i II Rzeczypospolitej,
a losy ich mieszkańców były tragiczne i heroiczne.
Polska na tych „byłych” swoich ziemiach odcisnęła
bardzo istotne piętno, w najlepszym znaczeniu.
Dobrze byłoby, żeby nikt o tym nie zapominał.
R.D. – Termin „Kresy” jest mi bardzo bliski i dla mnie oczywisty, ale po stronie ukraińskiej
istnieje wobec niego mocny sprzeciw. Zrodziła się więc potrzeba wyjaśnienia i uzasadnienia
tego terminu.
B.P. – Nazwa „Kresy” ma stosunkowo niedługą historię, pojawiła się w wydanym
w Krakowie w 1854 r. rapsodzie rycerskim „Mohort” Wincentego Pola.
J.K. – Jeśli przejść na grunt semantyczny, to „Ukraina”
znaczy (i historycznie znaczyła) to samo, co
obecnie (od XIX w.) „Kresy” – czyli „na skraju, na
pograniczu”. Ziemie „ukrainne” w terminologii używanej
w I Rzeczypospolitej to ziemie na pograniczu
ze światem zewnętrznym, czyli w obecnym znaczeniu
„kresowe” – dlatego też Ukrainą w XVI w. nazywano
województwa kij owskie i bracławskie, a w XVII w.
dodatkowo Wołyń i Podole. W XIX w., w następstwie
rodzenia się ukraińskiej świadomości narodowej, Ukrainą zaczęto nazywać także obszar
zaboru austriackiego, obejmujący dawne województwo lwowskie – czyli Galicję Wschodnią.
Ukraińcy protestują niekiedy przeciw określaniu ich kraju mianem Kresów. Jednak
nazwa ich państwa ma swój początek w przestrzeni semantycznej czasów I Rzeczypospolitej,
bowiem powstała na wspólnym obszarze politycznym Korony i Wielkiego Księstwa
(w dzisiejszym sensie: polsko-litewsko-ukraińskim) dla określenia terenów wspólnego państwa,
przylegających do wrogich terytoriów zdominowanych przez Moskwę, Tatarów i Turcję
(pomij am tu skomplikowane wewnętrzne relacje pomiędzy tymi trzema podmiotami).
Dla procesu historycznego ważne okazało się to, że owe tereny „ukrainne” pod względem
kulturowym obejmowały spuściznę najważniejszych przestrzeni politycznych wczesnośredniowiecznej
Rusi: halicko-wołyńskiej i kij owskiej, które w XIV w. zostały trwale przyłączone
do Królestwa Polskiego i tworzącego się państwa litewskiego. Te same tereny później stawały
się coraz ważniejsze i coraz bardziej symboliczne dla państwa polsko-litewskiego (np.
Lwów, Kamieniec Podolski czy Kij ów były w XV–XVIII w. nie tylko zwykłymi wielkimi ośrodkami,
ale i symbolami Rzeczypospolitej).

B.P. – Litwini też się bardzo oburzają…
A.B. – …ale Litwa nieporównanie później została uznana za Kresy.
B.P. – Nazwę tę można wywieść też od niemieckiego Kreis, czyli linia, granica.
A także od określenia „kresa”, czyli posterunek pocztowy czy obronny.
J.K. – Niemiecki Kreis to okręg – również w sensie administracyjnym, obszarowym.
W późnym średniowieczu te z państw europejskich, które były odpowiednio silne, wchodziły
w etap gwałtownej ekspansji. Hiszpanie i Portugalczycy wędrowali za morze, Anglicy
– po wypchnięciu z Francji – zaczynali budować swoje kolonie. W przypadku Polski był to
kierunek wschodni. Fundament Kresów położyła unia polsko-litewska (1385–1386), której
efektem był w pierwszym etapie chrzest i wcielenie Wielkiego Księstwa Litewskiego do Korony
Polskiej oraz objęcie tronu polskiego przez Władysława Jagiełłę po poślubieniu polskiej
władczyni Jadwigi Andegaweńskiej. W następstwie unii wileńsko-radomskiej z 1401 r. układ
ten został zmodyfi kowany na bardziej partnerski. W skład obszaru politycznego Korony weszły
również tereny ruskie, podbite przez Wielkie Księstwo Litewskie, a także tereny ruskie zdobyte
przez Kazimierza Wielkiego, bądź też przez niego zhołdowane, jak Podole Kamienieckie
(Podole Wschodnie – Bracławszczyzna – było przedmiotem rywalizacji polsko-litewskiej).
Po roku 1434 tereny ruskie Korony Polskiej (przemyskie, sanockie, lwowskie, chełmskie,
bełskie, kamienieckie) zostały objęte przywilejami szlacheckimi (na mocy przywileju jedlneńsko-
krakowskiego otrzymała je napływowa szlachta polska oraz miejscowe bojarstwo ruskie),
a także polskim prawem ziemskim, systemem administracyjnym oraz koronnym modelem
hierarchii urzędniczej. Tym samym na bardzo skomplikowaną mozaikę etniczną ziem
ruskich został nałożony model kulturowy wykształcony w Koronie Polskiej. W przypadku
ziem ruskich Wielkiego Księstwa Litewskiego (z interesujących nas południowo-wschodnich:
Wołyń, Bracławszczyzna, Kij owszczyzna), wielcy książęta litewscy – Zygmunt Kiejstutowicz
i Kazimierz Jagiellończyk – nadali podobne przywileje (trocki w 1434 i wileński w 1447 r.)
tamtejszym bojarom litewskim i ruskim, włączając również ich w model kulturowy Korony.
Końcowym etapem tej ewolucji była unia lubelska z 1569 r., w następstwie której kształt
ustrojowy całego państwa polsko-litewskiego uległ unifi kacji, zaś najważniejsze tereny ruskie
Wielkiego Księstwa (Wołyń, Bracławszczyzna i Kij owszczyzna) zostały przyłączone do
Korony Polskiej. Przestrzeń ustrojowo-prawna Wielkiego Księstwa (i przynależnych do niego
ziem ruskich) aż do początku XIX w. została uformowana przez kodyfi kacje zawarte w słynnych
trzech statutach litewskich (1529, 1566, 1588 r.) oraz (do końca XVIII w.) w następstwie
reformy administracyjnej i sądowej z 1565–1566 r. wzorowanej na koronnej.
Bardzo ważnym momentem w dziejach Kresów była kościelna unia brzeska (1596).
Warto przypomnieć, że w jej konsekwencji część hierarchii prawosławnej uznała prymat
papieża, w zamian za zgodę na zachowanie obrzędowości, małżeństw duchownych itd.,
co było przyczyną konfl iktu wewnątrz prawosławia i zbiegło się z procesem dorastania
kozactwa do roli obrońcy prawosławia. Powstały dwie hierarchie – unicka i prawosławna,
pozostające ze sobą w stałym konfl ikcie (mniej lub bardziej natężonym) do końca istnienia
Rzeczypospolitej. W XIX w. obrządek unicki, gwałtownie zwalczany przez prawosławie, stał
się elementem krystalizowania się ukraińskiej świadomości narodowej.
W ten sposób powstał jednolity obszar o podobnych koronnych desygnatach kulturowo-

-administracyjnych i bardzo skomplikowanych relacjach etnicznych i religij nych.

J.S. – Obszar, w którym – niestety – granice polityczne zmieniały się szybciej niż granice
kulturowe.
B.P. – Jaki język obowiązywał na tych obszarach?
J.K. – Należałoby mówić raczej o językach, bowiem przy dominacji ilościowej ludności ruskiej
i narastającej tendencji do używania języka polskiego jako języka elit, szlachty i miast
(zwłaszcza od XVII w.), odnotować trzeba przecież języki innych mniejszości (zwłaszcza w miastach)
– np. Niemców, Żydów, Ormian, Karaimów, Tatarów. Nie zawsze językiem tego modelu
kulturowego był język polski, szczególnie na początku, mimo że szlachta polska napływała
na te tereny już w końcu XIV w. Na ziemiach ruskich po 1434 r. zaczęły funkcjonować
sądy ziemskie i grodzkie dla szlachty – takie same jak w Koronie Polskiej, choć ich księgi
prowadzone były po łacinie (na Rusi Koronnej, od XVII w. coraz częściej po polsku) lub po
rusku (na ziemiach ruskich Wielkiego Księstwa przyłączonych do Korony w 1569 r.); w tym
drugim przypadku aż do połowy XVII w. (po powstaniu Chmielnickiego tylko nagłówki były
po rusku, tekst sprawy zapisywano po polsku). Następowała polonizacja szlachty ruskiej
(koronne przywileje szlacheckie bojarzy uzyskali już w XV w.), a także polonizacja języka
urzędów, z zachowaniem dotychczasowej formuły prawnej. W niezwykłej etnicznej mozaice,
istniejącej na przyłączonych terytoriach, coraz bardziej rozprzestrzeniał się nasycony językiem
polskim polski model kulturowy. Na przykład w Kamieńcu Podolskim funkcjonowały
trzy wspólnoty mieszczańskie na podstawie osobnych przywilejów: nacja lacka (polska) na
podstawie tzw. prawa niemieckiego (jej księgi sądowe prowadzone były od początku XVI w.
po łacinie i po polsku), nacja ruska i nacja ormiańska (ta ostatnia w XVI–XVII w. miała księgi
sądowe w języku kipczackim). Bardzo ważnym etapem było powstanie Chmielnickiego (od
1648 r.), które miało charakter antyszlachecki, ale i charakter wojny domowej pomiędzy
Rusinami. Podobnie zajęcie Podola (1672–1699) i części ziem ruskich przez Turcję. Grupy
społeczne zagrożone przez te wydarzenia (np. średnia szlachta pochodzenia ruskiego zwalczana
przez Chmielnickiego lub uchodząca przed Turkami) były podatne na przyśpieszoną
polonizację. Rozbiory w końcu XVIII w. otworzyły w historii tych ziem zupełnie nowy rozdział.
W historii Kresów wiek XIX jest kluczem do ich dramatu w wieku XX.
A.B. – Do najważniejszych zmian terytorialnych w XVI w. doszło po przyłączeniu do Korony
województw wołyńskiego, bracławskiego i części województwa kij owskiego (w tym Kij owa).
Powiat mozyrski, zgodnie z wolą zamieszkującej go szlachty, pozostał przy Litwie, co pokazuje,
że decydujący głos należał jednak do „narodu politycznego”
danego obszaru, a nie do króla czy szlachty koronnej.
Na początku XVII w., korzystając z osłabienia Moskwy
wywołanego dymitriadami i wielką smutą, w 1611 r.
wojska polskie odzyskały utracony niemal sto lat wcześniej
Smoleńsk. Rzeczpospolita, a dokładniej Wielkie
Księstwo Litewskie, powiększyła się o województwo
smoleńskie, które zdołano obronić w 1632 i 1633 r.
Dzięki zawartemu w 1634 r. pokojowi polanowskiemu
sytuacja terytorialna Rzeczypospolitej wydawała się dość
stabilna, a jej pozycja na wschodzie na tyle silna, że
w 1645 r. Władysław IV zgodził się nawet dobrowolnie
Fot. P. Życieński
5
ROZ MO WY BIU LE TY NU
odstąpić Moskwie niewielki teren w rejonie Trubecka. Doprowadził zresztą w ten sposób
do wybuchu konfl iktu we własnym kraju – ponieważ Trubeck należał do Wielkiego Księstwa
Litewskiego, jego przekazanie bardzo oburzyło Litwinów (co pokazuje, że państwo polskolitewskie
nie było całkiem jednorodne), którzy zmusili króla do przyłączenia do Wielkiego
Księstwa koronnych starostw Lubecza i Łojowa, jako swego rodzaju odszkodowanie za tę
stratę.
B.P. – Ten najdalszy zasięg Kresów nie trwał zbyt długo.
A.B. – Straty zaczęliśmy ponosić nawet wcześniej, ponieważ jednak dotyczyły terenów, nad
którymi Rzeczpospolita panowała od niedawna, nie odczuto ich jako dotkliwego uszczerbku.
Chodzi oczywiście o Infl anty – w większości utracone już na początku XVII w.; Rygę zdobył
Gustaw Adolf w 1621 r., w czasie, kiedy armia polsko-litewsko-kozacka broniła na południu
innych kresów przed najazdem tureckim. Ale znacznie poważniejsze straty nastąpiły
w wyniku powstania Chmielnickiego, a zwłaszcza będącego jego efektem włączenia się do
rozgrywki Rosji, ugody perejasławskiej z 1654 r. i wyjątkowo tragicznej dla ziem Wielkiego
Księstwa wojny. W wyniku kończącego ją rozejmu w Andruszowie w 1667 r. Rzeczpospolita
nie tylko traciła Smoleńszczyznę, Czernihowszczyznę i Siewierszczyznę, ale również oddawała
Rosji – formalnie tylko na dwa lata – położony na prawym, polskim brzegu Dniepru Kij ów,
który jednak już nigdy nie wrócił do Rzeczypospolitej. Później było już tylko coraz gorzej.
Nawet na formalnie należącym do Korony Prawobrzeżu, Polska aż do końca XVII w. miała
niewiele do powiedzenia, a walczący o władzę nad Ukrainą kozaccy hetmani przyzywali na
pomoc zarówno wojska rosyjskie, jak i tureckie czy tatarskie. W 1672 r., w wyniku wyprawy
sułtana Mahometa IV i wspomagających go Kozaków Piotra Doroszenki, Rzeczpospolita
utraciła na rzecz Turcji Podole i Ukrainę prawobrzeżną, którą sułtan przekazał swemu kozackiemu
lennikowi. Wprawdzie dzięki układowi żórawińskiemu z 1676 r. zdołano odzyskać
część tych ziem wraz z fortecami w Białej Cerkwi i Pawołoczy, a po bitwie wiedeńskiej w rękach
tureckich pozostał głównie Kamieniec, jednak dopiero pokój karłowicki w 1699 r.
pozwolił Rzeczypospolitej na odzyskanie strat. W dodatku wojna z Turcją przyczyniła się do
zatwierdzenia rozejmu andruszowskiego – starając się uzyskać pomoc Rosji, Jan III Sobieski
w 1686 r. potwierdził ów rozejm zawarciem w Moskwie tzw. pokoju Grzymułtowskiego, na mocy
którego oddawał carowi również Kij ów. Rzeczpospolita potwierdziła go dopiero w 1710 r.,
po Połtawie, czyli w zupełnie innej sytuacji politycznej – można powiedzieć – z Piotrem I
za plecami. Poczynając od 1772 r., czyli od pierwszego rozbioru, Rzeczpospolita traciła
kolejne tereny – aż do ustalenia się (na krótko zresztą) granicy po trzecim rozbiorze na
zachód od Kowna, Grodna, Brześcia i Włodzimierza Wołyńskiego.
Bardzo ważne znaczenie w historii Kresów miało powstanie Księstwa Warszawskiego
i pokój w Tylży. Dopiero od tego momentu polskie ziemie na wschodzie, które nie weszły
w jego skład (a później pozostały poza granicami Królestwa Polskiego), były nazywane Ziemiami
Zabranymi. Na ich odzyskanie Polacy będą dość długo liczyć, nie bez podstaw zresztą
– wystarczy wskazać na stacjonujący na Litwie Korpus Litewski, pozostający od 1817 r.
pod dowództwem wielkiego księcia Konstantego (dowodzącego również armią Królestwa
Polskiego) i noszący mundury i odznaki zbliżone do używanych przez wojsko polskie.
B.P. – Można też patrzeć na Kresy jako na wschodnią granicę Europy, kres świata
zachodniego chrześcij aństwa. Za tą granicą najpierw byli poganie, a następnie
6 ROZMOWY BIULETYNU
cywilizacja rosyjska. Takie ich postrzeganie zrodziło etos kresowego rycerstwa.
Kresy, czyli Polska, były wówczas przedmurzem chrześcij aństwa.
R.D. – Kresy są dla Polski wciąż bardzo ważne. Historia i kultura
polska, która powstała na Kresach, stanowi integralną i fascynującą
część naszej historii, chyba nawet jej część najważniejszą,
a ponadto żyje tam wielka rzesza Polaków.
J.K. – Nie widzę tego aż tak prosto. Takie myślenie jest typowe
dla wieku XIX. Podmiotem politycznym na terenie Rzeczypospolitej
w XV–XVIII w. był naród szlachecki, pod względem etnicznym
i wyznania dość różnorodny. Szlachta mogła być pochodzenia
polskiego, ruskiego i litewskiego, wyznania zaś – katolickiego,
prawosławnego, unickiego czy protestanckiego. Sienkiewiczowski
pan Muszalski, „łucznik niechybny”, był prawosławnym…
A.B. – …Billewicze byli protestantami…
J.K. – …pan Wołodyjowski był być może w pierwszym pokoleniu katolikiem, ale może nadal
prawosławnym. Pochodził ze starego średnioszlacheckiego ruskiego rodu Kościuków
Wołodyjowskich, poświadczonego na Podolu już na przełomie XV i XVI w. Wielkie miejscowe
rody możnowładcze (kniaziowskie) w większości były ruskie i prawosławne, dopiero
później przechodziły na katolicyzm (choćby Wiśniowieccy czy Zbarascy). Znane były też
oczywiście polskie i katolickie wielkie rody możnowładcze, które napływały i przejmowały
na Ukrainie olbrzymie dobra (choćby Zamoyscy czy Potoccy). Konwersja religij na ułatwiała
kariery poza Ukrainą, na samych zaś Kresach przed powstaniem Chmielnickiego nie
wpływała na powodzenie życiowe szlachcica czy mieszczanina. Pozycja prawosławnych
Ostrogskich była na ziemiach ruskich nie do podważenia w XVI w. Konwersja na katolicyzm
sprzyjała awansom możnowładców ruskiego pochodzenia na najwyższe urzędy koronne
– w latach 1593–1631 kasztelanami krakowskimi byli kolejno kniaziowie Janusz Ostrogski
i Jerzy Zbaraski.
B.P. – Ta polonizacja ruskiej szlachty odbywała się na zasadzie pełnej dobrowolności
i miała charakter awansu cywilizacyjnego?
R.D. – Dla bojarów ruskich zachodnia kultura polska była tak atrakcyjna, że z ochotą ją
przyjmowali. Ale warstwy ludowe żyły nadal swoją własną kulturą. W czasie pewnej przyjaznej,
polsko-ukraińskiej dyskusji przed laty, jeszcze w czasach sowieckich, jeden z Ukraińców
powiedział: „Myśmy dali Polsce nasze wielkie rody, ale Polska dała nam idee zachodnie”.
To właśnie te idee przyciągały wykształconych Rusinów i Białorusinów do kultury
polskiej.
A.B. – Ale z drugiej strony istniał też prąd przeciwny, czyli ruszczenie się na Kresach polskich
chłopów, osadzanych wśród przeważającego liczebnie osadnictwa ruskiego. Zjawisko to
było zresztą (częściowo przynajmniej) zawinione przez szlachtę, która wolała fundować tańsze
cerkwie z ruskim parochem niż znacznie droższe kościoły, do których w dodatku trzeba
Fot. P. Życieński
7
ROZ MO WY BIU LE TY NU
by sprowadzać księdza. To sprzyjało stopniowej zmianie wyznania, które w tym czasie było
przecież utożsamiane z narodowością.
J.K. – Po 1569 r. rozpoczęła się wielka kolonizacja Ukrainy – z Korony ściągały rzesze
chłopów, zaś możnowładcy polskiego i ruskiego pochodzenia na wielką skalę prowadzili
akcje osadnicze. Trwały migracje chłopstwa i drobnej szlachty ruskiego pochodzenia.
A jeśli chodzi o obronę granic i mit przedmurza, to wszystko zaczęło się w latach siedemdziesiątych
XV w. Zostało wówczas zorganizowane stałe wojsko zaciężne do obrony
kresów, zwane obroną potoczną, dowodzone przez hetmana, z czasem zwanego hetmanem
polnym. Od drugiej połowy XVI w. wojsko to zwane było wojskiem kwarcianym (było
utrzymywane z kwarty – czwartej części podatku z królewszczyzn). Od 1520 r. jego oddziały
działały w trzech zgrupowaniach: straży przedniej na Dzikich Polach, dowodzonej przez
dowódcę zwanego z czasem strażnikiem polnym, a później wielkim (przywołajmy tu odnotowywaną
przez Sienkiewicza postać słynnego warchoła pana Samuela Łaszcza, strażnika
w latach 1630–1646); zgrupowaniu podolskim oraz siłach głównych stacjonujących koło
Oleska i Załoziec. Od XVII w. potężniała legenda strażnic koronnych na Podolu i legenda
przedmurza chrześcij aństwa. W skład oddziałów wojskowych wchodziła i szlachta, i plebs,
dla którego była to droga awansu społecznego. Ukraina była wówczas wielkim tyglem,
w którym zachodziły skomplikowane i fascynujące procesy, ale wszystko to funkcjonowało
w ramach polskiego, czyli koronnego, modelu kultury i organizacji państwa. Tak samo
jak w województwach krakowskim czy poznańskim, były więc na Rusi sądy ziemskie, sądy
grodzkie, starostowie, kasztelanowie, wojewodowie czy miasta na prawie niemieckim.
W ziemi lwowskiej czy na Podolu Koronnym urzędowym językiem była łacina, a o miedzę
dalej, w Bracławiu, księgi tego samego typu prowadzono po rusku.
B.P. – Jak przebiegał proces polonizacji Kresów?
Zamek w Olesku, stan dzisiejszy
Fot. T. Ginter
8 ROZMOWY BIULETYNU
J.K. – To był proces skomplikowany. Polonizacja i depolonizacja występowały równolegle.
Drobnoszlacheckie rodziny mówiące po rusku i po polsku zaczynały w warunkach zaboru
rosyjskiego obawiać się o swoją pozycję społeczną i wybierały język polski jako jedną
z form manifestacji sprzeciwu wobec deklasacji. Tuż po pierwszym rozbiorze władze carskie
same przyznawały, że w Wielkim Księstwie szlachta wszelkich kategorii jest w znakomitej
większości polska lub spolonizowana. Na ziemiach wcielanych do Rosji w latach 1772–
–1795 funkcjonował mechanizm legitymizacji szlachectwa, prowadzący często do deklasacji
polskiej drobnej szlachty do poziomu chłopstwa, co skutkować mogło także rusyfi kacją lub
rutenizacją (ukrainizacją). Legitymizacja szlachectwa miała na celu zmniejszenie liczebności
i znaczenia szlachty oraz zwiększenie grup ludności objętej obciążeniami podatkowymi.
Mówimy tu o rzeszach drobnej szlachty pod zaborem rosyjskim, związanej pochodzeniem
lub emocjonalnie z polskim modelem kulturowym. Procesy polonizacyjne były natomiast
wyraźne w miastach na ziemiach dawnego województwa lwowskiego pod zaborem austriackim.
Jeszcze inne – i dwukierunkowe – mechanizmy miały miejsce wśród ludności wiejskiej.
Zagrożenie deklasacją, religia identyfi kowana z narodowością, obudzone zainteresowanie
dla kultury łączonej z narodowością, identyfi kowanie języka polskiego z większym prestiżem
społecznym, narodziny nowoczesnych nacjonalizmów – to uwarunkowania transformacji
w XIX w. społecznego modelu staropolskiego w model dwudziestowieczny.
R.D. – Rzeczpospolita stworzyła taki model kulturowy, który przyciągał także ludność wiejską
innego niż polskie pochodzenia. Była ona w różny sposób związana z polskimi dworami
szlacheckimi. Obecność tych dworów, w których bardzo pielęgnowano kulturę polską,
sprawiła, że mimo silnej presji rusyfi kacyjnej, braku szkół polskich i banicji języka polskiego
z życia publicznego w zaborze rosyjskim, kultura polska wcale nie traciła, a wręcz zyskiwała.
Po Powstaniu Styczniowym, w okresie największego antypolskiego ucisku, na Wileńszczyźnie
samorzutnie i bardzo skutecznie spolonizowały się wioski litewskie i białoruskie.
Zadecydowała o tym atrakcyjność kultury polskiej i odpychający często styl moskiewskiego
sprawowania władzy – przez urzędników, żandarmów, nauczycieli.
B.P. – Jaką politykę stosowano wobec Kościoła rzymskiego?
R.D. – Po rozbiorach Polski rząd carski zaczął samowolnie zmieniać dawne struktury administracji
kościelnej. Na przykład siedzibę ogromnej archidiecezji mohylewskiej przeniósł
z Mohylowa na Białorusi do Petersburga, a po Powstaniu Styczniowym zniósł diecezję
mińską i kamieniecką. Nawet nie wolno było wymieniać nazw tych diecezji w kościelnych
spisach duchowieństwa. Ale to nie to było najważniejsze. Gorsza była presja na rusyfi kację
języka w kościołach, trwająca kilkadziesiąt lat. Ponieważ są to dzisiaj rzeczy mało znane,
warto je najkrócej przypomnieć. W 1868 r. władze carskie narzuciły tzw. triebnik, czyli
rytuał w języku rosyjskim, który do różnych nabożeństw, poza Mszą św., czyli do tzw. paraliturgii,
nauczania w kościele i pieśni kościelnych, wprowadzał język rosyjski i eliminował
polski. W spokoju pozostawiono języki litewski i łotewski.
B.P. – Jak na nakaz stosowania triebnika zareagował Kościół?
R.D. – Wywołał on silny opór ze strony duchowieństwa i wiernych. Władze łamały go
hojnymi wynagrodzeniami w złotych rublach za posłuszeństwo i represjami za nieposłu-
Fot. T. Ginter
9
ROZ MO WY BIU LE TY NU
szeństwo. Biskup łucko-żytomierski Kasper Borowski, który zabronił używać triebnika, został
skazany na wygnanie do Permu i był tam przez kilkanaście lat. Tylko niewielki procent księży
dał się przekupić i zastraszyć. W moralnym oporze przeciw triebnikowi bardzo pomógł
dramatyczny akt ks. Stanisława Piotrowicza z Wilna, który podczas nabożeństwa i kazania
w kościele św. Rafała – spalił go na ambonie z odpowiednim komentarzem. Pojechał za to
natychmiast na zesłanie do Archangielska i nigdy już do diecezji nie wrócił. Mówiąc ogólnie,
Kościół katolicki był w zaborze rosyjskim pod ścisłą kontrolą władz i jego działalność
duszpasterska była ograniczana na różne sposoby. Carat widział w nim bowiem ostoję
polskości, która miała zniknąć. Natomiast Kościół katolicki obrządku wschodniego został
w zaborze rosyjskim całkowicie zlikwidowany.
J.K. – Po pokoju w Tylży (1807 r.) nastąpiło wyraźne oddzielenie Ziem Zabranych, czyli
Kresów, od ziem polskich Księstwa Warszawskiego. W wyniku kolejnych trzech zaborów
w latach 1772–1795 Rosja wkroczyła na te tereny i zaczęła tworzyć sieć administracyjną
właściwą dla carstwa rosyjskiego, czyli sieć guberni. Powstałe w 1807 r. Księstwo Warszawskie
podzielone było z kolei na wzór francuski na departamenty. Ludzie więc po obu
stronach granicy funkcjonowali w różnych rzeczywistościach administracyjnych. Dla świadomości
narodowej miało to, moim zdaniem, istotne znaczenie. Na tych odciętych obszarach
kresowych istniała świadomość pewnego porzucenia, a jednocześnie silnego nacisku
rusyfi kacyjnego, nie tylko w Kościele, bo przecież w administracji, armii, szkołach obowiązywał
język rosyjski. Równolegle – od rozbiorów – prowadzono politykę, której celem
była weryfi kacja i deklasacja polskiej szlachty. Powstały specjalne urzędy, przed którymi
każdy posiadacz praw szlacheckich z czasów Rzeczypospolitej musiał zadeklarować majątek
i udowodnić, że jest szlachcicem, co miało ogromne znaczenie dla rodziny, pozycji
i kariery. Ostatnie słowo w tej procedurze należało do petersburskiej heroldii i do cara.
10 ROZMOWY BIULETYNU
Ta legitymizacja nierzadko była trudna, zwłaszcza w przypadku licznej drobnej szlachty często
nieposiadającej już przywilejów sprzed wieków oraz wobec polityki carskiej osłabiania
znaczenia szlachty i żywiołu polskiego. Na przykład szacuje się, że tylko na ziemiach dawnego
Wielkiego Księstwa do 1800 r. deklasacji uległo od 12 do 30 proc. szlachty ujętej
w spisach z czasów Rzeczypospolitej z 1790 r. Szlachcic mógł w wojsku być ofi cerem, miał
większe możliwości kariery w administracji. Utrata tytułu szlacheckiego oznaczała niebezpieczeństwo
wieloletniej służby w armii na takich samych zasadach jak ludność pospolita,
zamykała też praktycznie drogę większej kariery.
B.P. – A jeśli nie udało się udowodnić szlachectwa?
J.K. – W przypadku, gdy nie zostało się uznanym za szlachcica, było się traktowanym jak
chłop. Przedstawiciele drobnej szlachty po nieudanej weryfi kacji często ulegali rutenizacji
(ukrainizacji). Byli traktowani jak chłopi, mówili językiem ruskim i upodabniali się do ludności
ukraińskiej. W ten sposób rozprzestrzeniało się używanie języka ruskiego, czyli późniejszego
ukraińskiego, ale pojawiały się też mechanizmy obronne. Bardzo często przedstawiciele
drobnej szlachty, wciąż jeszcze wyznający prawosławie bądź będący unitami, żeby uniknąć
deklasacji i dla zaznaczenia swej odrębności, zwracali się w kierunku kultury polskiej.
W XIX w. trwał zatem równoległy proces polonizacji. Uczestniczyli w nim ludzie walczący
o zachowanie swej drobnoszlacheckiej pozycji społecznej, niekiedy także o utrzymanie się
na powierzchni życia i którzy nie chcieli się zrusyfi kować. Tu zwróćmy uwagę na jeszcze
jedno zjawisko – w XIX w. na Podolu, Wołyniu, Litwie niezwykle intensywnie rozwij ało się
kolekcjonerstwo, gromadzenie pamiątek, kolekcji
archiwalnych i muzealnych. W dworach
powstawały biblioteki, które jednocześnie były
archiwami, powstawały kapitalne kolekcje.
Dwory czy pałace stawały się samodzielnymi
ośrodkami, centrami kulturalnymi.
J.S. – W tym czasie uaktywniły się też siły społeczne
w postaci licznych organizacji i stowarzyszeń.
Stymulatorem tego zjawiska było
zniknięcie Polski z mapy Europy, a następnie
polityka zaborców. Zadaniami, jakie stawiały
sobie te organizacje i stowarzyszenia, było
kształtowanie świadomości i tożsamości narodowej,
inwentaryzacja i ochrona zabytków,
również gromadzenie kolekcji i tworzenie muzeów.
Różnego typu opracowania naukowe
autorstwa członków tych towarzystw miały ten
sam poziom fachowości, co ich odpowiedniki
powstające np. w Anglii, choć były realizowane
w bardzo trudnych warunkach. Oczywiście
organizacje te działały w ramach struktur
państw zaborczych, a zatem ich funkcjonowanie
podlegało różnym ograniczeniom, do-
Fot. T. Ginter
Kamieniec Podolski
Fot. T. Ginter
11
ROZ MO WY BIU LE TY NU
chodziło także do ich likwidacji. W zaborze rosyjskim sytuacja była wyjątkowo trudna, gdyż
nie istniały tam ofi cjalne instytucje zajmujące się zabytkami. W Prusach, w zaborze niemieckim,
tworzyły się podstawy niemieckiej służby konserwatorskiej, a w zaborze austriackim
w połowie XIX w. – zaczęły powstawać zalążki polskiej konserwacji.
B.P. – W naturalny sposób ośrodkami gromadzącymi kolekcje, zbiory biblioteczne
czy archiwalia były także klasztory i, w skromniejszym wymiarze, wiele plebanii.
J.K. – Był to jednak czas carskiego nacisku na Kościół katolicki, były liczne kasaty.
R.D. – Skasowano ponad trzysta klasztorów, które były ośrodkami duszpasterstwa, pracy
charytatywnej i oświaty. Klasztory i klasztorne kościoły – często wspaniałe – przejęła Cerkiew
prawosławna. Dzisiejsze wielkie cerkwie i sobory prawosławne w Mińsku, Mozyrzu, Głębokiem,
Łucku, Winnicy i w innych miastach kresowych to dawne klasztory jezuitów, dominikanów,
franciszkanów, karmelitów i innych zakonów. Wrócę jeszcze do procesu deklasacji
szlachty. Jej program przygotował po upadku Powstania Listopadowego i nad jego realizacją
czuwał sam car Mikołaj I. Polegał on na weryfi kacji tytułów szlacheckich i trwał trzydzieści
lat, do 1863 r. Wynik, na samej tylko Ukrainie, to „spisanie w chłopstwo” i zrównanie
z pańszczyźnianymi chłopami 375 tys. zubożałej i bezziemnej szlachty polskiej. Oznaczało
to odcięcie od oświaty i branie „w rekruty” na 25 lat. To była „śmierć społeczno-kulturalna”
tej wielkiej grupy społecznej i wielki jej dramat. W planach caratu miała się ona roztopić bez
śladu w morzu ruskim. Ten plan się nie powiódł, bo ostoją jej świadomości narodowej był
język polski w codziennym pacierzu i w kościołach. Powstały wówczas dwie charakterystyczne
sfery językowe. Sfera życia religij nego, w której panował język polski, i sfera komunikacji
codziennej, w której używane były inne języki, ukraiński i białoruski (a raczej tzw. prosty na
Białorusi). Na wsi mówiono zwykle na co dzień tymi językami, ale w niedzielę, gdy siadano
na bryczkę i wybierano się do kościoła, zaczynano mówić po polsku. To przetrwało na Kresach
do dziś. W kościele można słuchać pięknego i mocnego śpiewu i modlitw po polsku,
ale zaraz po wyjściu z niego większość ludzi przechodzi na język „prosty” lub ukraiński na
Ukrainie. Na Kresach powstał taki typ Polaka, który mówi słabo po polsku, czasem wcale
nie mówi, ale czuje się Polakiem. To w Polsce rzadko kto wie i rozumie. Trzeba dodać, że
takie zjawisko kulturowe – dwie sfery językowe, religij na i świecka, istniało i istnieje nadal
także w innych grupach etnicznych, kiedyś w Rosji, później w ZSRS i teraz znów w Rosji, np.
u Niemców, Żydów i innych.
B.P. – Warto zatrzymać się nad dziedzictwem materialnym, które tam zostało.
J.S. – Nasza kultura pozostawiła tam dzieła najwyższej klasy, obrazujące wszystkie osiągnięcia
europejskie, które docierały do Polski. Mamy więc na tych terenach m.in. wierne kopie
zachodnich świątyń. Na przykład kilka lat po wybudowaniu bazyliki Il Gesù w Rzymie,
jej replika postawiona została w Nieświeżu – jest to pierwsza na ziemiach Rzeczypospolitej
budowla barokowa. Takich przykładów odwzorowywania powstałych gdzieś w Europie
ważniejszych budowli lub ich fragmentów w krajobrazie kresowym jest wiele.
Ale najważniejsze jest to, że te tereny zapisały się na trwałe w historii sztuki własnymi,
oryginalnymi i niezwykle twórczymi realizacjami. Z Włoch czy Niemiec na Kresy przybywało
w czasach późnego gotyku, renesansu, baroku (także później) wielu wybitnych architektów,
12 ROZMOWY BIULETYNU
rzeźbiarzy i malarzy. Zapraszani przez najznamienitsze rody realizowali dzieła swojego życia,
dzieła o najwyższych walorach artystycznych – świątynie (i to nie tylko dla wyznawców
rzymskich), pałace, dwory, kamienice. Ich wnętrza wypełniali perłami sztuki. Tworzyli je na
chwałę Boga, fundatorów, a często także dla upamiętnienia najważniejszych wydarzeń
i osób związanych z historią Rzeczypospolitej – przypomnę tylko króla Jana III Sobieskiego
czy hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Powstały potężne, unikalne w swojej wielkości
obrazy batalistyczne, utrwalające dziesiątki bitew, jakie tam się toczyły, które do dziś tworzą
mit Wielkich Kresów.
Zachowane jeszcze na Kresach materialne dziedzictwo kulturowe, badane od kilkunastu
lat przez polskich specjalistów, w istotny sposób zmienia dotychczasową wiedzę na
temat rozwoju historii sztuk pięknych Rzeczypospolitej.
B.P. – Co zostało i w jakim jest stanie?
J.S. – Nie ma już dworów, nieliczne zamki popadły w ruinę (poza kilkoma wyjątkami). Pozostały
świątynie. Przytoczę parę liczb: z rzymskokatolickiej diecezji łuckiej na Wołyniu do roku
1939 było czynnych ponad trzysta świątyń. W tej chwili jest ich około trzydziestu. Wszystkie
wymagają remontów – najczęściej kompleksowych działań specjalistycznych. Funkcjonuje
jeszcze około siedemdziesięciu budowli. Są one użytkowane przez różne wyznania lub
w sposób niezgodny z przeznaczeniem bądź są w ruinie. W okresie władzy sowieckiej w całej
diecezji łuckiej czynny był tylko jeden kościół rzymskokatolicki w Krzemieńcu.
B.P. – A pozostałe świątynie?
J.S. – Zarówno praktyka zaborców, jak i Sowietów stawiała sobie za cel pełną kontrolę
nad religij nością lub likwidację „opium dla ludu”. Część świątyń i klasztorów skasowano.
Część przekazano Cerkwi prawosławnej, jako jedynej
uprawnionej do „rządzenia duszami”. Na Ukrainie po
roku 1991 część świątyń przekazano Cerkwi greckokatolickiej.
Często po zniszczeniu wyposażenia świątyń urządzano
w nich sale koncertowe, domy kultury, kina, sklepy,
sale gimnastyczne, warsztaty naprawcze i fabryki.
Ale najczęściej – magazyny różnych środków chemicznych,
paliw, nawozów rolniczych. Przy takim użytkowaniu
świątynie niszczały w błyskawicznym tempie, więc
były opuszczane i popadały w całkowitą ruinę. Były też
wypadki wyjątkowe – specyfi czne dla reżimu komunistycznego
– urządzano w nich muzea ateizmu. Paradoksalnie
właśnie te świątynie są w najlepszym stanie.
J.K. – Dla Polaków, którzy zostali na Kresach, przestrzeń
ich świadomości jest wyznaczona m.in. przez to, że jest
klasztor, pałac, czy dwór, który ma swoją historię, swoich
budowniczych czy fundatorów. To może być nawet
ruina, ale to jest ślad.
Minaret zwieńczony fi gurą NMP
przed katedrą w Kamieńcu
Podolskim
Fot. T. Ginter
13
ROZ MO WY BIU LE TY NU
A.B. – Ciekawa jest związana z tymi „śladami”
świadomość współczesnych mieszkańców
dawnych Kresów. Często (chociaż
oczywiście nie zawsze) do dzisiaj potrafi ą
oni wskazać, gdzie znajdował się dwór,
pałac – od kilkudziesięciu lat nie istnieją
nawet ich ruiny, a jednak młodzi ludzie,
którzy co najwyżej z opowieści dziadków
mogli słyszeć o istniejącym niegdyś obiekcie,
potrafi ą z wielką dokładnością wskazać
jego lokalizację. Zresztą dotyczy to nie
tylko obiektów tak efektownych jak pałace
– przykładowo w podlwowskiej Basiówce
mieszkańcy dokładnie wiedzieli, gdzie
znajdował się postawiony w 1936 r. głaz
z napisem ku czci Piłsudskiego. Mimo że
dla zniszczenia tej wiedzy przed kilkudziesięciu
już laty nie tylko usunięto sam głaz,
ale nawet wycięto rosnące wokół drzewa.
Z drugiej strony – na terenach w pobliżu Dniepru można spotkać wsie, gdzie ludność nie
zna już słowa „kościół”, świątynie rzymskokatolickie określając „polskimi cerkwiami”.
R.D. – Pamięć historyczna ludności na Kresach sięga niekiedy daleko wstecz. Spotkałem
się na przykład w winnickim obwodzie na Podolu, w Szarogrodzie i Murachwie – pomiędzy
którymi (po przegranej przez Polskę wojnie z Turcją w drugiej połowie XVII w. i po znanym
upadku Kamieńca Podolskiego) przebiegała granica wzdłuż rzeczki Murachwa – z takim
zjawiskiem, że ludzie do dziś na co dzień używają określenia – „turecki most”, „turecka
strona” i „polska strona”.
A.B. – Na najbardziej chyba odległych naszych Kresach, jeszcze na początku XX w. chłopi
łotewscy z Infl ant szwedzkich nazywali chłopów łotewskich z Infl ant Polskich Polakami, bo
150 lat wcześniej ziemie te należały do Rzeczypospolitej.
R.D. – Bardzo charakterystycznym zjawiskiem jest dziś na Kresach rodzenie się u ludzi czujących
się do niedawna Polakami świadomości narodowej białoruskiej lub ukraińskiej. Polskie
z pochodzenia młode pokolenie coraz częściej utożsamia się z Ukrainą i Białorusią.
J.K. – W analizie tego procesu też warto cofnąć się do XIX w. Był to okres rodzenia się
narodów w nowoczesnym sensie tego słowa, a więc rodzących się nacjonalizmów, rozprzestrzeniania
się świadomości narodowej na warstwy, które wcześniej takiej świadomości
nie miały. Wcześniej narodem politycznym była szlachta. Na Kresach w XIX w. narodem
politycznym, czyli tym, który uczestniczył w życiu publicznym, była też warstwa urzędnicza
z Rosji czy z Austrii. I to, że legenda Kresów jest tak intensywna, wynika z tego, że narodziny
świadomości narodowej ukraińskiej odbywały się w starciu z kulturą polską, co w efekcie
powodowało rozszerzanie się polskiej tożsamości narodowej (w nowoczesnym sensie
tego słowa) na grupy, które mówiły po polsku, wyznawały katolicyzm. Ludzie zaczynali
Kościół pojezuicki w Krzemieńcu
Fot. T. Ginter
14 ROZMOWY BIULETYNU
sobie uświadamiać (bądź im uświadamiano), że są Polakami, bo są katolikami. Ten proces
obejmował np. kręgi chłopstwa, pochodzące z tej wcześniej zdeklasowanej szlachty. Tylko
nieliczni odpłynęli do kultury ukraińskiej, większość pozostała przy polskości i Kościele
katolickim, chociaż rzeczywiście na co dzień posługiwała się językiem pospolitym. Musimy
też jednak pamiętać o procesie rusyfi kacji na wschodnich terenach Wielkiego Księstwa,
zagarniętych w 1772 r. Ta rozszerzająca się świadomość narodowa koncentrowała się
wokół Kościoła katolickiego, ale także wokół architektonicznego kształtu rzeczywistości,
krajobrazu – wszystkiego tego, co stanowiło najbliższą okolicę.
B.P. – Myśl o tym, że historia zapisana jest w krajobrazie, najsilniejsza była
w romantyzmie, ale często także pojawiała się w dwudziestoleciu międzywojennym.
J.K. – To było niezwykle ważne i niezwykle intensywne. Inspirowało powstawanie dzieł
literackich, dzieł z zakresu historii sztuki, legend rozmaitych, np. o przedmurzu chrześcij aństwa,
skądinąd prawdziwej. Trzeba było w codzienności określić się wobec sąsiada. Była
to walka prowadzona w szkole, walka o wyznanie, o religię. Chodziło o to, by wykazać,
że jest się społeczeństwem starszym, lepszym, że ma się wyższą kulturę. Właśnie dlatego
Lwów był tak gorącym ośrodkiem polskości, dlatego stało się nim również Wilno – miasta
te musiały udowodnić swoją polskość. Coraz szersze grupy ludności musiały udowadniać
swoją polskość, nawiązywać nią do swojej historii, do historii Rzeczypospolitej. W XIX w.
polskość ostatecznie utożsamiła się z Rzecząpospolitą, z jej zasięgiem.
A.B. – W dwudziestoleciu międzywojennym sytuacja była o tyle różna, że przynależność do
polskości oznaczała zarazem przynależność do narodu uprzywilejowanego, panującego,
a władze państwowe patrzyły na polonizację czy repolonizację przyjaznym okiem. Niekiedy
wręcz do niej zachęcały – jak np. w powołanym w 1936 r. Związku Szlachty Zagrodowej,
skupiającym ludność prawosławną i greckokatolicką Galicji Wschodniej, Wołynia i Podkarpacia.
Inna sprawa, że pozostawione w 1939 r. jego archiwa wybitnie ułatwiły Sowietom
rozprawienie się z tą grupą ludności.
R.D. – Bardzo mocno należy podkreślić fakt, że jakkolwiek kultura polska polonizowała
w ubiegłych wiekach szlachtę pochodzenia białoruskiego czy ruskiego, to w XIX w. z tej szlachty
wyszli budziciele ducha i świadomości narodowej białoruskiej czy ruskiej i ukraińskiej.
J.K. – Kraszewski przecież wspierał „Aušrę”, tygodnik, który budził Litwinów.
R.D. – Mówiąc językiem socjologii, w grupie przywódczej wspomnianych narodów odbywał
się proces konwersji narodowej. Na przykład wielu budzicieli ducha ruskiego i ukraińskiego
było najpierw polskimi patriotami i brało udział w Powstaniu Listopadowym. Potem
stawali się oni Rusinami. Na tych terenach, które pozostawały niegdyś w granicach Rzeczypospolitej,
nie dokonało się wynarodowienie Białorusinów czy Rusinów i odrodziła się
tam, lub odradza, kultura ruska czy białoruska. Natomiast tam, gdzie panowała Rosja,
dokonała się tak skuteczna rusyfi kacja, że nic takiego nie miało miejsca. To wskazuje na
coś ważnego i pięknego w kulturze polskiej – na tradycję wolności, otwartości i tolerancji.
Wojny domowe z Kozakami w XVII w. jej nie przekreśliły.
15
ROZ MO WY BIU LE TY NU
B.P. – W znacznej mierze opisujemy w naszej rozmowie Kresy i ich dziedzictwo
w sferze duchowej, a przecież mają one swój bardzo materialny wymiar.
J.S. – Zwłaszcza że materialny wymiar dziedzictwa najłatwiej dostrzec. Niestety, ono znika
również i dziś, na naszych oczach. Ginie poprzez zaniechania obecnych władz, niechęć
do obcego, niewłaściwe użytkowanie – np. przerabianie brył świątyń przez zamianę lub
dodawanie nowych kopuł charakterystycznych dla świątyń wschodnich czy kolejne „modyfi
kacje” wnętrza, w celu przystosowania do obecnego kultu. Dlatego też teraz musimy to,
co pozostało, zwłaszcza w pierwotnej formie, rejestrować, dokumentować, inwentaryzować
i konserwować. Są nareszcie ku temu możliwości.
Udział polskich specjalistów w ratowaniu dziedzictwa Kresów – wspólnego dziedzictwa
kulturowego Europy Środkowej nie jest jeszcze do końca określony. Pracowaliśmy samodzielnie,
a ostatnio pracujemy wspólnie na zasadzie lokalnych, często indywidualnych porozumień
i zaufania. I myślę, że jest to duże osiągnięcie. Reprezentujemy „polską szkołę
konserwacji” – najwyższy poziom zawodowstwa podbudowanego istotnymi doktrynami
konserwatorskimi m.in. w przypadku takich specjalizacji, jak konserwacja architektury, detalu
architektonicznego czy rzeźby (kamień, cegła, zaprawa). To o tyle istotne, że tego
typu wiedza nie jest przekazywana na uczelniach Ukrainy i Białorusi. A Lwów, Kamieniec,
Żółkiew itp. to kamień, kamień i jeszcze raz kamień.
Ja ze studentami i absolwentami od dwudziestu lat pracuję w Żółkwi w kolegiacie rzymskokatolickiej,
kościele podominikańskim – obecnie cerkwi greckokatolickiej – i na zamku
królewskim. Również od wielu lat pracujemy we Lwowie i w Kamieńcu Podolskim. Zasługą
bardzo wielu osób z obu stron i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Polski jest
to, że mamy takie doskonałe osiągnięcia. Aby dalej rozwij ać tę współpracę, niezbędne są
konkretne porozumienia na najwyższych stopniach władzy.
B.P. – Istnieje takie przekonanie, szczególnie wśród Polaków z zachodniej Ukrainy,
że w miastach, w których polskie piętno jest szczególnie widoczne – we Lwowie
i Kamieńcu Podolskim – realizowana jest świadoma polityka władz, mająca na
celu całkowitą zagładę najcenniejszych obiektów. Dlatego też nie przyjmuje się
międzynarodowych grantów na ratowanie zabytków tych polskich miast.
J.S. – Proszę nie zapominać o Żółkwi, najbardziej renesansowym mieście Ukrainy, gdzie
polska historia i zabytki są esencją miasta. W tym przypadku współpraca od wielu lat jest
bardzo dobra.
Ukraińskie służby państwowe,
zwłaszcza konserwatorskie, tworzone
były niemal od podstaw w 1991 r.
Niestety, są zależne od wielu innych
struktur państwowych – trudno
mówić mi o ich profesjonalizmie,
ale starają się zapanować
nad tymi problemami i rządzić,
m.in. domagają się odpowiednich
dokumentów od naszych
specjalistów.
16 ROZMOWY BIULETYNU
Mówiąc o Lwowie akcent przesunąłbym na Cmentarz Łyczakowski. W tym przypadku trudno
zaprzeczyć słuszności tezy o zacieraniu śladów polskości. Wszyscy znamy polityczną
stronę odbudowy cmentarza Orląt Lwowskich. Wiemy i widzimy, co się działo i dzieje na
Cmentarzu Łyczakowskim. Mam nadzieję, że rozpoczęte w roku 2008 profesjonalne prace
restauratorskie prowadzone przez wspólne zespoły konserwatorów zmienią tę sytuację.
Musimy pamiętać, że cmentarze – a na Kresach szczególnie – są jednym z najcenniejszych
źródeł odnajdywania własnych korzeni, tożsamości i pamięci. Stąd rozwój, szczególnie
w ostatnich latach, akcji dokumentowania, inwentaryzowania i porządkowania cmentarzy
nie tylko przez Polaków.
I jeszcze jedno – kwestia braku pieniędzy (podobnie jak ich nadmiar), w przypadku ratowania
zabytków często prowadzić może do tych samych efektów, i to w majestacie prawa.
Jest to niezwykle ważne zwłaszcza przy braku profesjonalnych wykonawców.
B.P. – Po 1918 r. i walce toczonej o granice wschodnie Polska w jakimś sensie poniosła
klęskę – nie udało się odzyskać całych polskich Kresów.
A.B. – Postanowienia pokoju ryskiego były w pewnym sensie klęską (zwłaszcza dla Polaków,
którzy pozostali poza nową granicą), ale endecja – a to przecież jej zwolennicy przeważali
wówczas w polskiej dyplomacji – właściwie nie chciała więcej. Przyjęta przez nią
koncepcja inkorporacyjna nie pozwalała na wchłonięcie zbyt dużej grupy ludności niepol-
Kościół podominikański w Żółkwi
Fot. T. Ginter
17
ROZ MO WY BIU LE TY NU
skiej, stąd też jej ustępliwość w sprawie przebiegu granic. Mińsk, zajęty przez wojska polskie
15 października 1920 r., na trzy dni przed wejściem w życie zawieszenia broni z Sowietami,
został wręcz oddany jako silny ośrodek prawosławia, ze znaczną liczbą Rosjan, mimo że Rosja
skłonna była oddać Polsce nawet całą Mińszczyznę. Podobnie zrezygnowano z Kamieńca Podolskiego,
chociaż tam Polacy byli silni (przed deportacjami z roku 1940 Polacy stanowili ok.
20 proc. ludności miasta); zadecydowały względy strategiczne i możliwość przyjęcia Zbrucza
jako wygodnej linii granicznej. Zresztą również w układzie z Symonem Petlurą z kwietnia 1920 r.
Polska zgadzała się na oddanie państwu ukraińskiemu terenów na wschód od Zbrucza
– można ironicznie powiedzieć, że w Rydze jedynie wykonywała tamto zobowiązanie, tyle
tylko że benefi cjentem była nie niezależna Ukraińska Republika Ludowa Petlury, a podległa
sowieckiej Rosji Ukraińska Socjalistyczna Republika Rad. Dużym błędem i klęską polskiej dyplomacji
była natomiast zgoda na zastosowanie w traktacie formuły o ochronie mniejszości
i ich praw do swobodnego rozwoju życia kulturalnego i religij nego w granicach obowiązującego
ustawodawstwa wewnętrznego, co pozwalało np. na „zgodne z prawem” prześladowanie
Kościoła katolickiego po sowieckiej stronie. W dodatku traktat nie przewidywał
żadnych sankcji w przypadku niewywiązywania się z przyjętych zobowiązań, więc ich wykonanie
zależało wyłącznie od dobrej woli stron. Wszelkie interwencje w sprawie prześladowań
Polaków uznawano za mieszanie się w sprawy wewnętrzne Rosji, a zatem za łamanie traktatu
ryskiego.
R.D. – Strona sowiecka gotowa była w Rydze w 1921 r. oddać Polsce nie tylko Mińsk,
ale obszary za Dnieprem i Berezyną, lecz delegacja polska, w której przeważali ludzie
ze stronnictwa Narodowej Demokracji, z tego dobrowolnie zrezygnowała. To wynikło
z przyjmowanego przez nią założenia, że trzeba tworzyć państwo narodowe, i że zbyt duża
liczba mniejszości narodowych utrudni ich polonizację. Dlatego liczne skupiska polskie
w Mińszczyźnie pozostały w Rosji Sowieckiej. To był
dla nich później nieopisany dramat. W czasach
wielkiego terroru stalinowskiego w latach 1937–
–1938, ich ogromna część znalazła się w masowych
grobach w Kuropatach k. Mińska i w podobnych
grobach gdzie indziej. Mówiono mi kiedyś w Orszy,
że przy każdym większym mieście na Białorusi sowieckiej
są takie groby. Koło Orszy są one na tzw.
Kobylej Górze.
A.B. – W istocie traktat ryski był przede wszystkim
klęską federacyjnej koncepcji Piłsudskiego. Zresztą
ta koncepcja od początku miała chyba niewielkie
szanse na realizację – nie podobała się nie tylko Litwinom,
Ukraińcom czy Białorusinom, którzy traktowali
ją jako kolejny przejaw polskich dążeń do dominacji
na Wschodzie, ale również większość Polaków
nie wierzyła w możliwość jej wprowadzenia w życie.
J.K. – Chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną bardzo
ważną rzecz – na polską literaturę, która powstała
Cmentarz Łyczakowski
Fot. T. Ginter
18 ROZMOWY BIULETYNU
na Kresach w XIX w. i dwudziestoleciu międzywojennym. Powstawała
ona na terenach etnicznie mieszanych, gdzie polski
patriotyzm był bardzo gorący, i gdzie była dowodem tego
patriotyzmu, przywiązania do wartości. Oddziaływała na
Polaków mieszkających na Kresach, a jednocześnie stwarzała
legendę Kresów w Warszawie, Krakowie, Poznaniu. Opisywała
ich rzeczywistość na sposób romantyczny, mistyfi kując
i idealizując ją oczywiście. Legenda Kresów zrodziła się
w dużej mierze na podstawie dzieł literatury tam pisanych.
To jest niezwykle ważny moment, bo wtedy właśnie rozwij ała
się polska świadomość narodowa, tworzyły się te mity, które
trwają do dnia dzisiejszego, które nas konstytuują, wywołują
emocjonalne, pozytywne reakcje. Ówczesna polska literatura
powstawała w starciu z tworzącą się literaturą tych młodszych
narodów – dlatego była tak gorąca i tak silnie oddziaływała.
To jedna z najważniejszych kwestii, tłumacząca dlaczego Kresy
mają takie mityczne znaczenie dla Polaków. Bo np. w przypadku Niemców nie powstała
jakaś wybitna literatura we Wrocławiu czy w Olsztynie. Niemcy mają legendę wygnania.
Polacy mają legendę cywilizacyjną, która powstała na przełomie XIX i XX w.
B.P. – Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Kresy zostały jakby ponownie
odkryte. Pojawiły się plany, częściowo zrealizowane przed 1939 r., wykorzystania
ich walorów turystycznych, folklorystycznych. Zarzuca się II Rzeczypospolitej,
że zrobiła bardzo niewiele dla likwidacji największego tam analfabetyzmu, nędzy
i zacofania, ale np. w projektach Eugeniusza Kwiatkowskiego w ciągu nadchodzących
pięćdziesięciu lat miały zostać zniwelowane różnice gospodarcze między tzw.
Polską A a Polską B.
J.K. – Kwestia cywilizacyjnego i gospodarczego opanowania tych terenów jest oczywiście
bardzo ważna, bo to była walka o to, które racje przeważą – moskiewskie, sowieckie czy
polskie. To była walka o umocnienie państwa polskiego na Kresach, ale to była także
walka o dusze Białorusinów i Ukraińców, za jakim modelem – polskim – europejskim czy
sowieckim – oni się opowiedzą. Istniała wreszcie naturalna i oczywista sprzeczność, jeżeli
chodzi o marzenia ukraińskie i polskie o własnym państwie. Starcie było nieuchronne,
ważne było, przeciwko komu zwróci się ukraiński nacjonalizm.
A.B. – Ukraińcy czy Białorusini mogli rozwij ać się narodowo na terenie polskim, to jest oczywiście
prawda, ale trzeba pamiętać, że jednak w latach dwudziestych w Związku Sowieckim
była prowadzona polityka korenizacji (zasada ograniczonego respektowania odrębności
narodowych w poszczególnych republikach, połączona ze wzrostem roli miejscowego języka
i kultury oraz popieraniem udziału miejscowej ludności we władzach partyjnych). W latach
dwudziestych Ukraińcy łączyli z nią spore nadzieje. W Polsce likwidowano ukraińskie
szkoły, powstawały szkoły dwujęzyczne, a w tym czasie na Ukrainie sowieckiej tworzono
szkoły ukraińskie, ułatwiano Ukraińcom robienie karier urzędniczych czy wojskowych, ukazywały
się setki gazet i czasopism w języku ukraińskim, a rosyjskojęzycznych urzędników czy
robotników zmuszano do nauki języka ukraińskiego. Wszystko to trwało oczywiście bardzo
Na Cmentarzu Łyczakowskim
Fot. T. Ginter
19
ROZ MO WY BIU LE TY NU
krótko i zakończyło się Wielkim Głodem, terrorem, rusyfi kacją i sowietyzacją w latach
trzydziestych, a chwilowe odrodzenie ukraińskiej kultury okazało się „rozstrzelanym odrodzeniem”.
Taki sam los spotkał zresztą powołane w ramach tej samej polityki polskie rejony
narodowościowe w Marchlewszczyźnie na Ukrainie i Dzierżyńszczyźnie na Białorusi, których
ludność w znacznej części wysiedlono w latach 1935–1936 do Kazachstanu.
R.D. – „Korenizacja” i „nacjonalizacja” oraz tworzenie przez władzę sowiecką autonomicznych
rejonów polskich to był zręczny chwyt psychologiczny i eksperyment na Polakach. Miał
on na celu złagodzenie ich wrogości do bolszewików i pozyskanie ich (najpierw tych z powstałych
rejonów) dla komunizmu. Wszystko tam było niby polskie, a raczej polskojęzyczne.
Ten eksperyment się nie powiódł, bo sowiecka propaganda niesłychanie gwałtownie
atakowała i poniżała Polskę w prasie, a ponadto walczyła z religią. Zamykano kościoły,
które dla Polaków były duchową ostoją. Aresztowano, skazywano na łagry, a później rozstrzeliwano
polskich księży, jako rzekomych szpiegów Polski i Watykanu. Za swoją postawę
– obrony wiary i odrzucanie kołchozów – tamtejsi Polacy zapłacili bardzo wysoką cenę.
Była mowa o micie Kresów w Polsce. Dodam do tego pewien kontrapunkt w postaci mitu
Polski na Kresach. Spotkałem się z nim pod koniec lat osiemdziesiątych u najstarszego
pokolenia Polaków na Podolu, za przedwojenną granicą. Gdy w okresie Bożego Narodzenia
chodziłem po kolędzie w okolicy Kamieńca Podolskiego (to była pierwsza kolęda tam
od sześćdziesięciu lat), mój przewodnik cytował słowa swojej babci: „Polsko, ty z popiołów
powstaniesz i ozdobą narodów zostaniesz”. Gdy Polak popełnił jakąś niegodziwość,
mówiono ze zgrozą: „Polak, a tak postąpił!”. Polak nie powinien postępować niegodnie.
To był mit Polski wielkiej i szlachetnej. Znajomy ksiądz z Ukrainy, rodem spod Brahiłowa
na Podolu, który jako dziecko chodził w latach sześćdziesiątych na ukrytą katechezę do
pewnej kobiety na wsi, usłyszał od jej matki staruszki słowa: „Ot, detyno, my tut hriszni
i bidni ludi, rozmawlajemo na namużyckij mowi, a Boh w nebie z anhełami tylki po polśki
rozmawlajet”.
J.K. – Rozszerzał się też mit Piłsudskiego.
R.D. – Wśród Polaków na Wileńszczyźnie on jest nadal bardzo popularny. Tamtejsi Polacy
mówią, że gdyby Piłsudski nie zwyciężył bolszewików w 1920 r., toby Litwy nie było.
B.P. – Po 1939 r. na Kresach zostało odciętych od kraju ponad 2 mln Polaków.
J.K. – Po roku 1921 też.
B.P. – Trzeba wciąż mówić o Polakach na Wschodzie, nawet jeśli nie mówią już po
polsku. Przeszli przez straszne doświadczenia i jeśli czują się Polakami, to jest to
patriotyzm najwyższej próby. Jak ocenia się liczbę Polaków na Wschodzie?
A.B. – Wiek XX dla Kresów to czas cofania się polskości, chociaż jego początki wydawały
się obiecujące. Złagodzenie carskiego nacisku po 1905 r. spowodowało nawet
chwilowe odrodzenie się polskości na ziemiach, z których Rzeczpospolita odeszła najwcześniej
– w Witebsku, Mohylowie czy Kij owie powstawały polskie stowarzyszenia, czasopisma,
szkoły. Było to jednak zjawisko bardzo krótkotrwałe, w ciągu kilku lat ten chwilowy
20 ROZMOWY BIULETYNU
entuzjazm zniknął, a kolejne wydarzenia – I wojna światowa, rewolucja, traktat ryski, na
mocy którego do Polski przybyło z Rosji i innych republik sowieckich ok. 1,2 mln ludzi
– oznaczały przesuwanie się polskości coraz dalej na zachód. W roku 1939 mieszkający
na ówczesnych Kresach Polacy, do niedawna obywatele Rzeczypospolitej, zostali ostatecznie
zmuszeni do przyjęcia sowieckich paszportów. Przeprowadzone w czasach tzw.
pierwszych Sowietów deportacje, służące sowietyzacji Kresów, objęły ok. 325 tys. osób,
w tym ok. 210 tys. Polaków. W rzeziach na Wołyniu i w dawnej Galicji Wschodniej zginęło
co najmniej 80–90 tys. Polaków, a ich efektem były ponadto masowe ucieczki ludności
polskiej na zachód. Wreszcie – powrót władz sowieckich w 1944 r., powrót polityki terroru
i wymuszona „ekspatriacja”, w wyniku której nastąpił faktyczny koniec obecności Polaków
na tym terenie. Efektem ekspatriacji z ziem wschodnich II Rzeczypospolitej jest to, że do
dzisiaj największe grupy Polaków na Ukrainie znajdują się nie na przedwojennych terenach
polskich, tylko w rejonie Żytomierza i Winnicy. To są ludzie, którzy (nie posiadając
polskiego obywatelstwa) nie zdołali się stamtąd wydostać ani w czasie pierwszej tzw. repatriacji,
ani później w 1956 i 1959 r. Proces zmniejszania się liczebności Polaków trwa.
Według danych ze spisów (można się zastanawiać, na ile one są obiektywne) w 1959 r.
na Ukrainie mieszkało 363 tys. Polaków, w 1989 r. już tylko 219 tys.; pierwszy spis,
przeprowadzony w niepodległej Republice Ukrainy w 2001 r., wykazał zaledwie 144 tys.
Polaków (w tym ok. 13 proc. stanowią ci, którzy mówią po polsku w domu). To jest skala
strat.
J.K. – Gdy mówimy o Polakach na Kresach dawnej Rzeczypospolitej, to mówimy o dwóch
grupach. Po pierwsze – to grupa szacowana na milion do dwóch milionów tych, którzy
zostali na wschód od granicy ryskiej, a więc na dzisiejszej Białorusi i, przede wszystkim, na
Ukrainie. Właśnie dlatego tam mogły powstać w Sowietach wokół Dowbysza i Żytomierza
polskie regiony autonomiczne dzierżyński i marchlewski. Z tej również przyczyny Kamieniec
Podolski i Winnica stanowią nadal duże skupiska ludności polskiej. Żytomierszczyzna po
dziś dzień jest znaczącym skupiskiem Polaków – choć nierzadko ich polszczyzna już zanika,
zaś najbardziej przejmującym świadectwem ich obecności jest przepiękny, wielki i niszczejący
cmentarz w Żytomierzu. Sowieckie represje wobec Polaków, „pierwszego narodu
ukaranego”, na tych terenach rozpoczęły się już w początkach lat trzydziestych masowymi
wywózkami do Kazachstanu. Trwały wreszcie procesy ukrainizacyjne. Pod Winnicą czy koło
Kamieńca można spotkać polskie rodziny, które w kolejnych pokoleniach nie zdecydowały
się uciec przez granicę ryską po 1921 r., pod naciskiem sowietyzacyjnym uległy ukrainizacji
(niekiedy uciekając przed rusyfi kacją) i dopiero od lat dziewięćdziesiątych XX w. powracają
do polskości – bez żadnej gwarancji, że uda się ją w ukraińskim otoczeniu utrzymać. Ci,
którzy mówią po ukraińsku w okolicach Winnicy czy Żytomierza, jeszcze dwa pokolenia
wstecz mogli mówić po polsku. Te procesy trwają i muszą trwać, bo kultura ukraińska obecnie
dominuje, staje się atrakcyjna. Polacy na tych terenach w drabinie społecznej znajdują
się w dolnej lub co najwyżej średniej jej partii. Drugą grupę stanowią Polacy żyjący w zwartym
osadnictwie polskim, ale tak jest tylko na Grodzieńszczyźnie i na Wileńszczyźnie.
A.B. – Wileńszczyzna stanowi o tyle ciekawy przypadek, że tam sami Sowieci sprzeciwiali
się wyjazdowi Polaków; było to szczególnie widoczne na pograniczu białorusko-litewskim.
Polacy byli wprawdzie zmuszani do wyjazdu z miast (chodziło o ich depolonizację), ale na
wsiach raczej starano się Polaków zatrzymać – byli potrzebni jako siła robocza, gdyby wyje21
ROZ MO WY BIU LE TY NU
chali, nie miałby kto uprawiać ziemi. Na Litwie z 380 tys. Polaków zapisanych do „repatriacji”,
wyjechało tylko ok. 180 tys. Do dziś Litwa jest jedynym obszarem, gdzie liczba ludności
polskiej po 1945 r. wzrastała. W pozostałych – i na Białorusi, i na Ukrainie – malała. Na
Litwie w 1959 r. było ok. 230 tys. Polaków, w 1989 r. – ok. 258 tys. W pewnej mierze
wynikało to z polityki władz sowieckich, które starały się „wygrywać” polską mniejszość
przeciw Litwinom, dzięki czemu istniało tu np. stosunkowo nieźle rozwinięte szkolnictwo
polskie. W wyniku tej polityki na początku lat dziewięćdziesiątych Polacy woleli popierać
słabnący Związek Sowiecki niż rodzącą się narodową Republikę Litewską. Trzeba dodać,
że wzrost widoczny jest tylko w liczbach bezwzględnych, procentowo udział Polaków w tym
czasie spadł z 8,5 do 7 proc.
J.K. – Ta rzeczywistość jest bardziej skomplikowana – znaczna część żołnierzy AK po 1944 r.
na Nowogródczyźnie to prawosławni białoruskiego albo „tutejszego”, jak mówili, pochodzenia
(pisze o tym Janusz Prawdzic-Szlaski, dowódca Nowogródzkiego Okręgu AK,
w swoich pamiętnikach). W szeregi AK zawiodło tych ludzi doświadczenie pierwszej okupacji
sowieckiej. Jeszcze jeden obraz na zakończenie tego wątku: Anatol Radziwonik „Olech”,
dowódca ostatniego polskiego oddziału partyzanckiego na Nowogródczyźnie, był polskim
harcerzem, nauczycielem polskiej szkoły powszechnej, miał drobnoszlacheckie pochodzenie,
był prawosławny, walczył z Niemcami jako dowódca plutonu w 77. pp AK, poległ
w potyczce z NKWD 12 maja 1949 r. To jest paradoks, ale obrazuje siłę polskiej kultury
na tych terenach.
R.D. – Bardzo słuszne jest to, co powiedziała pani Barbara, że trzeba mówić o Polakach
na Kresach Wschodnich. Owszem – Kresy to wielka część naszej historii, która jest w naszej
zbiorowej pamięci i tworzy naszą tożsamość. To ocalałe ze strasznej pożogi zabytki
materialne, często wspaniałe i nieporównywalne z tymi, które istnieją w centralnej Polsce,
i które trzeba odkrywać i pokazywać. Z tego względu Kresy są ważne. Ale trzeba o nich
mówić przede wszystkim dlatego, że tam żyje – na Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie – dwumilionowa,
jak wspomniano, społeczność polska, co prawda w różnym stopniu związana
z kulturą polską i o różnym stopniu świadomości polskiej. Niekiedy o wiele głębszym niż
u Polaków w Polsce. To ze względu na tych Polaków Rzeczpospolita zawarła z tymi krajami,
w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, traktaty o dobrym sąsiedztwie i współpracy,
które formalnie zapewniają żyjącym tam naszym rodakom możliwości zachowania kultury
polskiej.
B.P. – W praktyce jest zgoła inaczej.
R.D. – W tych traktatach np. została sformułowana zasada wzajemności w wypełnianiu
zobowiązań wobec odnośnych mniejszości. Polska wobec mniejszości wschodnich skrupulatnie
je wypełnia. Nie przywiązuje jednak należytego znaczenia do stosowania przez
naszych sąsiadów na Wschodzie tej zasady wobec polskich mniejszości narodowych.
Działa tu pewnie mit Jerzego Giedroycia, który w czasach, gdy istniał Związek Sowiecki,
ukazywał wizję porozumienia i współpracy z krajami ościennymi na Wschodzie oraz rolę
Polski w umacnianiu ich samodzielności i wciągania ich w orbitę europejską. To bardzo
piękna idea. Ale ona nie może oznaczać poświęcenia dla niej polskich mniejszości narodowych
żyjących w tych krajach. Szanujące się kraje bardzo dbają o swoje autochtoniczne
22 ROZMOWY BIULETYNU
mniejszości za granicą. Zaniedbywanie czy poświęcanie przez polską dyplomację, dla dobrych
stosunków z tymi krajami, spraw i praw polskich mniejszości narodowych na dawnych
Kresach Wschodnich nie tylko niesłychanie boli tamtejszych Polaków, ale niszczy też
powagę i prestiż Polski w ich oczach oraz w oczach tych naszych sąsiadów, którzy mają na
swoim terenie tak traktowane przez swoich polskie mniejszości narodowe. Wydaje mi się,
że taka postawa naszych władz to głównie rezultat braku poważniejszej znajomości skupisk
polskich na Wschodzie i ich położenia we wspomnianych krajach. Przez kilkadziesiąt lat
fakt istnienia Polaków za wschodnią granicą przez cenzurę PRL nie był dopuszczany do
świadomości publicznej. Nie było o nich mowy (i do dziś pewnie nie ma) w programach
szkolnych; stali się oni dla nas nieobecni. Ten brak głębszej wiedzy o nich źle się odbij a na
działaniach naszych służb dyplomatycznych, a także i na postawach księży polskich udających
się do pracy na Kresach Wschodnich.
B.P. – Najgorsze dla żyjących tam Polaków jest to, że w kościołach katolickich na
Kresach coraz częściej i intensywniej wprowadza się języki rodzime w sprawowaniu
liturgii, tłumacząc to dobrem Kościoła.
R.D. – Małe uściślenie terminologiczne – do „języków rodzimych” należy tam również język
polski. Kiedyś wszystkich łączyła łacina. Po wprowadzeniu języków narodowych do liturgii,
co było nieuniknione, powstały bardzo trudne problemy sprawiedliwego godzenia różnych
grup językowych i narodowych w kościele. Kościół katolicki obrządku łacińskiego na Wschodzie
był od dawna kojarzony wyłącznie z polskością, ponieważ w przytłaczającej większości
należeli do niego Polacy. Powstało więc tam, u innej ludności niż polska, przekonanie, że
Kościół katolicki jest tylko dla Polaków. Powstał stereotyp „katolik – Polak”, który wymagał
przełamania i pokazania, że Kościół jest dla każdej narodowości – każda ma w nim swoje
miejsce i jest u siebie. Dlatego potrzebne było wprowadzenie innych języków miejscowych,
białoruskiego, ukraińskiego czy rosyjskiego, jak np. na terenie wschodniej, zrusyfi kowanej
Białorusi. Pojawiły się grupy ludności katolickiej innej narodowości, oczekujące w kościele
innego, niż polski, języka. To był znak mieszanego już składu narodowościowego czysto
polskich niegdyś parafi i. Potrzebna więc była swego rodzaju „depolonizacja” językowa
w kościołach. Rozpoczęli ją księża z Polski. Tu pewna dygresja – na początku lat dziewięćdziesiątych
śp. Jerzy Giedroyc, powiedział mi, że polscy księża polonizują Białorusinów
i Ukraińców przez polski język w kościołach. Nie wiedział, że jest wręcz odwrotnie, i że to
księża z Polski byli pierwszymi, którzy wprowadzili do kościołów na Kresach inne języki. Nietrudno
to wyjaśnić. Gdy przyjechali, stwierdzili, że ludzie nie mówią na co dzień po polsku
lub mówią nieznaną im i dziwną dla nich polszczyzną, a młodzież często nie rozumie tego
języka, w którym oni do niej mówią (bo to był nowoczesny język z Warszawy).
B.P. – Bo tam ludzie ręcznie przepisywali dziewiętnastowieczne modlitewniki, potem
znów przepisywali zniszczone już przepisane egzemplarze. A w tych modlitewnikach
była piękna, archaiczna polszczyzna, dla przybyszy z Polski często niezrozumiała...
R.D. – Księża bardzo szybko doszli więc do wniosku, że język polski w kościołach jest
niepotrzebny i stanowi przeszkodę w zrozumieniu nauczania i liturgii. Uznali też, że ludzie,
którzy nie mówią po polsku i nie znają polskiego, to bardzo wątpliwi Polacy lub nie-Polacy.
Nawet o tym niekiedy przekonywali swoich wiernych, zwłaszcza gdy oni słabą polszczyzną
23
ROZ MO WY BIU LE TY NU
prosili o język polski w kościele. Zaczęli więc ograniczać, a nieco później eliminować język
polski. To był rezultat zupełnej nieznajomości i niezrozumienia miejscowych ludzi, ich doświadczeń
związanych z językiem polskim, którego nie mieli możliwości poznać lub musieli
go ukrywać i zapomnieć o nim, by przeżyć. Tylko w kościele mogli go słuchać i w nim wyrażać
to, co czuli. Stał się on dla nich ostatnim ogniwem wiążącym ich z polskością i – jak
pięknie to ktoś określił – był językiem ich serca. Postawa pracujących tam wówczas księży
miejscowych była inna, ponieważ oni znali oczekiwania i odczucia ludzi. Dlatego ci księża
zachowywali w kościołach język polski. Obecnie młode pokolenie księży miejscowych jest
już zupełnie inne i często przyjmuje „dogmat narodowy”: kto się urodził na obecnej Ukrainie
lub Białorusi, ten jest Ukraińcem lub Białorusinem.
J.K. – Napoleon Orda – wielki Białorusin…
R.D. – Ależ tak! Również Adam Mickiewicz, Stanisław Moniuszko, Ignacy Domeyko, Ignacy
Kraszewski. I w pewnym sensie jest to prawda. Ale stosowanie do nich dzisiejszego pojęcia
narodowości jest bardzo naiwne i jest nieporozumieniem. Mickiewicz pisał: „Litwo, ojczyzno
moja”, ale czuł się Polakiem, choć jednocześnie i Litwinem. Ojciec Innocenty Bocheński
pisał kiedyś o ówczesnym poczuciu narodowości, że było niejako piętrowe. Ludzie czuli
się na pewnym stopniu Białorusinami, Litwinami czy Rusinami, ale wieńczyło to czucie się
Polakiem. Wyrażało to znane powiedzenie: gente Ruthenus, natione Polonus. Obecnie na
Białorusi wszystkiemu, co na jej dzisiejszym terenie powstało, całej wspólnej historii Rzeczypospolitej
na tych terenach, nadaje się charakter białoruski w dzisiejszym znaczeniu tego
słowa. Niezwykle eksponowane są wszelkie elementy białoruskie w tej historii. Na przykład
bitwa pod Grunwaldem (po białorusku pod Dubrową), w której brało udział wojsko z Białorusi,
to było przede wszystkim zwycięstwo wojsk białoruskich…
J.K. – Pani mówi, że musimy pamiętać o Polakach. Musimy też jednak pamiętać, że mamy
prawo do pamięci. Nie można dopuścić do tego, żeby odmawiano nam prawa do pamiętania
o Wilnie, Grodnie, Lwowie, Żółkwi, Krzemieńcu, Kamieńcu itd. O tym, że Polska ma
prawo uznawać tamtejsze symboliczne zabytki za swoje, bo są to dzieła wytworzone przez
naszą cywilizację z czasów Rzeczypospolitej i mamy prawo domagać się, żeby ten fakt był
uznawany.
J.S. – Nasze dziedzictwo kulturowe Kresów to nie wybór, to nasza tożsamość, nasza pamięć.
B.P. – Do amputacji naszej pamięci Kresów namawiają niektórzy oświeceni historycy
europejscy. Zatrważające jest to, że milczenie na temat polskich Kresów zdaje
się wchodzić w kanon poprawności politycznej. Warto też chyba przypomnieć,
że w polskich przedwojennych szkołach, na polskich uniwersytetach kształcili się
Ukraińcy, Litwini, Białorusini, którzy następnie tworzyli rodzime elity.
A.B. – Myślę, że przynajmniej Ukraińcy woleliby, żeby to były elity wykształcone na ukraińskim
uniwersytecie, który Polska w 1922 r. zobowiązała się utworzyć…
J.K. – We Lwowie w latach dwudziestolecia międzywojennego trwała intelektualna rywalizacja
Polaków i Ukraińców w obszarze nauki i kultury, która osiągała bardzo wysoki
24 ROZMOWY BIULETYNU
poziom. Inteligencja ukraińska w tej rywalizacji przyjęła kierunek na własne państwo, starcie
więc było nieuchronne. Te patriotyzmy były podobne, choć absolutnie przeciwstawne.
B.P. – Niszczone są polskie ślady kresowej kultury materialnej, niszczeje przede
wszystkim polski Lwów. Ukraińcy nie doceniają tego, co przejęli, dobrom kultury
odmawiają niejako uniwersalności.
J.S. – Lwów jest miastem wielokulturowym. Dla nas pozostanie polski. Prawie cała zabytkowa
substancja materialna miasta to autentyczna tkanka miejska, która powstawała przez
ostatnie kilkaset lat. To miasto staje się ukraińskie z przyczyn oczywistych – Ukraińcy zostali
depozytariuszami tego europejskiego dziedzictwa – mam nadzieję, że przekażą je kolejnym
pokoleniom w lepszym stanie. Powinni uświadomić sobie, że dbanie o jego unikalne wartości
to dbanie o siebie, o swój interes. Duża część Ukraińców nie docenia tego, co przejęli
w postaci spadku niechcianego – dziedzictwa kulturowego tych ziem. Najgorsze jest to, że
decydenci nie mogą (nie chcą?) zrozumieć, że bezcenne dziedzictwo kulturowe Lwowa to
magnes, który przyciągnie miliony turystów, nie tylko Polaków.
Wielokrotnie bywałem we Lwowie w trakcie przygotowań do uroczystości związanych
z siedemsetpięćdziesięcioleciem miasta i stwierdzam, że jeszcze jest daleka droga do
uświadomienia, że dobra kultury są uniwersalnymi wartościami na całym świecie.
Tu dygresja, mówiłem o ocalonych i zniszczonych świątyniach. Historia polskich obiektów
sakralnych na Kresach ma jeszcze jeden rozdział. W wyniku bezpośrednich działań
wojennych zniszczeniu uległ niewielki procent tzw. substancji zabytkowej. Największych
zniszczeń doznała ona w okresie rzezi ludności polskiej przez Ukraińców, zwłaszcza na
Wołyniu. Kościoły często były ostatnimi miejscami, w których chronili się Polacy. W wyniku
wyjątkowego okrucieństwa ukraińskich morderców, stawały się one ich grobami. Nienawiść,
złość i wandalizm były w ostateczności czynnikiem najbardziej niszczącym dziedzictwo
kulturowe tych ziem.
R.D. – Trzeba mieć nadzieję, że to minie, że Ukraińcy zdobędą się na realne spojrzenie na
te sprawy (jeśli do tego czasu zabytki te przetrwają). Kontrastem dla tej sytuacji jest to, co
robią Polacy, gdy chodzi o pamiątki niemieckie w Gdańsku czy Wrocławiu. Są one odnawiane,
a Niemcy przyjeżdżają je zwiedzać i to nie oznacza dążeń rewindykacyjnych…
J.K. – Patrzymy na obecne państwo ukraińskie, przyglądamy się walce, którą Ukraińcy muszą
toczyć o odtworzenie swojej świadomości narodowej, państwowej (oczywiście budują
je na tradycji powstania Chmielnickiego i Ukraińskiej Powstańczej Armii). Jeśli chcą iść
w stronę Zachodu, to nie uda im się tego zrobić bez zaakceptowania wspólnego dorobku
Rzeczypospolitej. Nie ma innej drogi. Wówczas mogliby zaakceptować Żółkiew, kościoły
gotyckie i barokowe (a przecież powstawały także barokowe cerkwie), wspólne walki
z Tatarami i Turkami, sojusz Piłsudski–Petlura z 1920 r… Opieranie się tylko na bojowej
tradycji UPA jest w dłuższej perspektywie niezwykle ryzykowne dla tożsamości i charakteru
państwa, jeśli bagatelizuje się lub usprawiedliwia ideologię integralnego nacjonalizmu
Doncowa i planowe masowe zbrodnie popełniane na Polakach przez te oddziały.
A.B. – Wyraźna jest prozachodniość Ukrainy zachodniej. To jest właśnie ta Ukraina, która
była najdłużej w Polsce, w odróżnieniu od Ukrainy wschodniej…
25
ROZ MO WY BIU LE TY NU
R.D. – …czasem mówi się nawet o trzech różniących się znacznie Ukrainach: zachodniej,
środkowej i wschodniej…
J.K. – …ale wciąż mówimy o Kresach. Gdy mówimy o Ukrainie zachodniej, gdzie pojawiły
się warunki kulturowe dla odtwarzania się ukraińskiego patriotyzmu w okresie dwudziestolecia
międzywojennego, to na dobrą sprawę mówimy o województwie lwowskim pod
zaborem austriackim. Jeżeli mówimy o dalszych częściach Ukrainy, a więc Ukrainie środkowej
i Podolu, to mówimy o ogarniętym zaborem rosyjskim obszarze Rzeczypospolitej „po
Kij ów”. To są tereny „dotknięte” polskim, koronnym modelem kulturowym, niezależnie od
tego, jaki był ich etniczny substrat, wobec tego ludzie tam mieszkający byli inni niż ci na
wschód od Dniepru. To jest świadectwo potęgi kultury i cywilizacji idącej z Polski, a przez
Polskę idącej z Zachodu. To naprawdę jest granica Europy.
R.D. – Chciałbym jeszcze wrócić na chwilę do trudnych spraw Kościoła katolickiego obrządku
łacińskiego – na Białorusi i na Ukrainie. Istnieje tu charakterystyczny paradoks.
Polacy w tych krajach stanowią mniejszości narodowe, ale w Kościele katolickim są większością.
W dalszym ciągu, mimo daleko idących przemian, większość katolików określa
się tam jako Polacy. Według badań sprzed kilku lat na Ukrainie jest to ogółem 71 proc.,
a na Białorusi 63 proc., choć na samej Grodzieńszczyźnie ponad 83 proc. Najważniejszą
sprawą jest jednak to, że zmieniła się zupełnie rola kulturowa Kościoła w tych krajach.
Kiedyś, w czasach carskich i sowieckich, był on ostoją polskości. Po II wojnie światowej
władze sowieckie zarzucały mu polonizowanie ludności białoruskiej, a obecnie czyni to
nieraz narodowa opozycja białoruska. Ale polski charakter nauczania i paraliturgii był tam
odpowiedzią na zdecydowane oczekiwania i żądania ludzi. Język polski w kościele był dla
nich nadzieją, że nie zginą bez śladu w ruskim otoczeniu, bo ten język w kościołach zdecydowanie
ich w tym morzu wyróżniał. I był nadzieją na lepszą przyszłość. Dlatego bardzo
się go trzymali. Obecnie, przez wprowadzenie innych języków, dokonała się zasadnicza
zmiana. Na Białorusi język białoruski w kościołach oznacza jego niezwykłą promocję.
Żadna instytucja białoruska nie jest w stanie takiej jego promocji dokonać. Jest zalecenie
episkopatu, żeby w każdym kościele była Msza św. w języku białoruskim. W niemałej części
kościołów język polski został na marginesie, a niekiedy jest już nieobecny, mimo oczekiwań
ludzi. Tu trzeba dodać, że na wschodniej Białorusi takie oczekiwanie już chyba zanikło,
w wyniku wynarodowienia tamtejszych Polaków lub całkowitej utraty przez nich języka
polskiego. Choć jeszcze kilkanaście lat temu, po nastaniu swobody religij nej, tamtejsza
ludność katolicka pięknie śpiewała takie pieśni, jak Święty Boże, Kiedy ranne wstają zorze,
Wesoły nam dzień dziś nastał, a przed Mszą św. starożytną pieśń Padnij my na twarz i znała
różne, zapomniane już w Polsce litanie. Zasadnicza i decydująca dla przyszłości Polaków
zmiana polega na przeważającej językowej opcji białoruskiej i ukraińskiej większości duchowieństwa.
Zwróciłbym tu uwagę na terminologię. Gdy się mówi „Kościół białoruski”
czy „Kościół ukraiński”, to może to prowadzić do takiej narodowej wizji Kościoła, w której
dla Polaków i ich języka zabraknie miejsca, co już się zdarza. A bez niego są oni skazani
na szybkie wynarodowienie. Natomiast określenie „Kościół na Białorusi” czy „Kościół na
Ukrainie” zawiera w sobie myśl o tym, że każda narodowość ma w nim swoje miejsce i prawo,
zgodnie z nauczaniem Kościoła. Język liturgii i modlitwy nie może zależeć od miejsca
zamieszkania, ale od człowieka, od jego odczucia i pragnienia. To jest płaszczyzna praw
człowieka i do nich trzeba się w tej dziedzinie odwoływać. Wybór języka modlitwy zależy
26 ROZMOWY BIULETYNU
od samych wiernych, a nie od zewnętrznej władzy państwowej czy kościelnej. Gdy mówimy
o Białorusi, to przypomina mi się przykład Szwajcarii. Tam w życiu państwowym i religij nym
używane są trzy języki: francuski, włoski i niemiecki, choć istnieje jeden zjednoczony i patriotyczny
naród szwajcarski.
B.P. – Świat bardzo się zmienia, również ten świat Polaków na Kresach. W najmłodszym
pokoleniu, podobnie zresztą jak w Polsce, przeważa pragmatyczne podejście
do projekcji własnego życia. Tam łączy się to z przyjęciem języka litewskiego, białoruskiego
czy ukraińskiego jako własnego, co ułatwia start życiowy. Zanika tradycyjnie
pojęty patriotyzm związany z wiarą i znajomością historii. Trzeba to przyjąć
do wiadomości. Tym większy obowiązek spoczywa na strażnikach pamięci.
A.B. – Tak samo jest z mniejszościami w Polsce. Ostatni spis powszechny wykazał, że w Polsce
31 tys. osób uznało się za Ukraińców. Ukraińcy podobno spodziewali się, że to będzie
dziesięć razy więcej – podobnie mniejszość polską na Ukrainie tamtejsi działacze polscy
szacowali pod koniec minionego stulecia na milion, a nawet półtora miliona.
J.K. – Ale działa też taki mechanizm, że jeśli ktoś o rozchwianej świadomości narodowej
przyjedzie do Polski, to natychmiast sobie przypomina, że jest Polakiem.
B.P. – Pod warunkiem że się tu zatrzyma, a nie znajdzie się tylko przejazdem na
Zachód. Polska już nie jest tak atrakcyjna jak jeszcze parę lat temu.
J.K. – Dowódca I Korpusu Polskiego w rejonie Bobrujska w końcu 1917 r., a rok później
dowódca Powstania Wielkopolskiego, gen. Józef Dowbor-Muśnicki, po polsku mówił słabo.
Był rosyjskim zawodowym ofi cerem i w sprawę polską zaangażował się dopiero w obliczu
rewolucyjnego kataklizmu w Rosji.
R.D. – Stanisław Bułak-Bałachowicz, też generał polski, który pochodził z kresowej rodziny,
wspaniały dowódca i partyzant, który w czasie wojny polsko-bolszewickiej w latach 1919–
–1920 oddał Polsce wielkie usługi, mówił o sobie: „Jeśli niezbyt poprawną polszczyzną
wysłowię się, proszę mi to darować. Matki bowiem nasze tam na dalekich kresach najpierw
uczyły nas Polskę kochać, a potem już prawidłowo po polsku mówić”. Nie wypada na
Kresach stawiać pytań, kim się kto czuje, bo to może być bardzo kłopotliwe pytanie. Polacy
są tam bowiem często powiązani z kulturą miejscową – bo żyją tam od pokoleń, wchodzą
w mieszane związki małżeńskie, uczestniczą w życiu społecznym, kulturalnym i politycznym.

Mają więc niekiedy, jak gdyby, dwa serca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz