niedziela, 28 kwietnia 2013

"Ślady krwi" Jana Polkowskiego



Salomea mogła bez przeszkód skończyć lepienie pierogów, ponieważ jej miejscowość miał zaatakować organizujący się dopiero na terenie kilku okolicznych wsi odział samoobrony Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – fragment powieści „Ślady krwi", która ukaże się w przyszłym tygodniu nakładem wydawnictwa „m"
Sierpniowy dzień w wiosce pod Mikuliczami rozpoczął się niepostrzeżenie. Przyszedł znienacka, sunąc znad wzgórza królowej Bony w Krzemieńcu, znad Dubna, Beresteczka i Horochowa, albo od strony Lwowa, Złoczowa, Sokala i Brodów. Mimo wczesnej pory mógł już iść od dawna, mijając Łuck, Kowel, a nawet Włodzimierz. Strony świata w tym dniu nie były ważne.

Drewniane domy i gospodarskie obejścia pławiły się w dobrotliwym świetle wspólnie z drewnianą cerkwią i czterema murowanymi budynkami: kościołem greckokatolickim, szkołą, dawną karczmą, teraz nazywaną zajazdem, i domem aptekarzostwa Krzysztofowiczów. Odnoga nieutwardzonej drogi, idącej między domostwami, skręcała na północ i wspinała się lekko w górę, w kierunku lasu. Tam, na zboczu wzniesienia, liczącego nie więcej niż 200 metrów nad poziomem morza, w otoczeniu ażurowych brzóz i żylastych topoli stał drewniany, obszerny dom Harsynowiczów. Nieopodal, w zasięgu wzroku, rozłożyły się, rozrzucone nieregularnie, pozostałe trzy domy wojskowych osadników, budowane w stylu polskim, na kamiennej podmurówce, szalowane deskami z żywicznych modrzewi. Sikorówka porucznika Eugeniusza Wędziagolskiego, Woda kapitana Niemirskiego i Dębina rotmistrza Stanisława Grocha. Najbliżej lasu stał dom Harsynowiczów nazywany Górką. Wchodziło się doń z północnej strony opartej o granatowy, mocny cień lasu. Od południa zdobiła go wysoka oszklona weranda sięgająca poddasza. Przed werandą, z której wyjść można było po trzech kamiennych schodkach, oko domowników i przybywających gości cieszył czarnoziemny ogród pełen rozmaitego kwiecia. Przy płocie stały wyprostowane białe i czerwone malwy, czerniały dojrzałe tarcze słoneczników i kipiała wokół wciąż otwartej furtki pnąca róża, obsypana gęsto, jak posażna panna, różowym lekkim kwiatem.

W środku, na grządkach rozrzuconych swobodnie, w pozornym nieporządku, stały smukłe złocienie, lśniły cynie i trzymały się ziemi bratki posadzone zaraz obok licznych odmian dalii i różnobarwnych georginii. Ozdobą tej części ogrodu były zioła: ogromny lubczyk, oliwkowa szałwia, odurzająco pachnące mięta, rozmaryn i tymianek, a także hodowane dla nasion kminek, czarnuszka i kozieradka.

Od zachodu rozłożył się ogród warzywny. Było w nim prawie wszystko, co rosło w tutejszym klimacie – dorodne, ciemnozielone liściaste selery, lżejsza i jaśniejsza pietruszka, marchew, pomarańczowe pęcherze dyń, ciężkie kawony, drobne melony i cukinie, prawie tak czarne jak staw w najgłębszym miejscu. Ciężkie grona pomidorów oparły się o wysoką grzędę, a ogórki wciąż kwitły cytrynowo mimo kończącego się lata. Przy płocie rzędem posadzono dawno już zebrany włochaty agrest, czarne i czerwone porzeczki i kępę malin. Ratafia z tych owoców w ogromnych zielonych słojach czerniała już w słońcu i nęciła ostrym, prześwietlonym zapachem fermentacji.

Od wschodnich, kontynentalnych wiatrów osłaniała dom grupa drzew owocowych i dwa spore orzechy włoskie, zasadzone w rocznym odstępie, z okazji urodzin synów
.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz