
Salomea mogła bez przeszkód skończyć lepienie pierogów, ponieważ jej miejscowość miał zaatakować organizujący się dopiero na terenie kilku okolicznych wsi odział samoobrony Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – fragment powieści „Ślady krwi", która ukaże się w przyszłym tygodniu nakładem wydawnictwa „m"
Sierpniowy dzień w wiosce pod Mikuliczami rozpoczął się niepostrzeżenie. Przyszedł znienacka, sunąc znad wzgórza królowej Bony w Krzemieńcu, znad Dubna, Beresteczka i Horochowa, albo od strony Lwowa, Złoczowa, Sokala i Brodów. Mimo wczesnej pory mógł już iść od dawna, mijając Łuck, Kowel, a nawet Włodzimierz. Strony świata w tym dniu nie były ważne.
Drewniane domy i gospodarskie obejścia pławiły się w dobrotliwym świetle wspólnie z drewnianą cerkwią i czterema murowanymi budynkami: kościołem greckokatolickim, szkołą, dawną karczmą, teraz nazywaną zajazdem, i domem aptekarzostwa Krzysztofowiczów. Odnoga nieutwardzonej drogi, idącej między domostwami, skręcała na północ i wspinała się lekko w górę, w kierunku lasu. Tam, na zboczu wzniesienia, liczącego nie więcej niż 200 metrów nad poziomem morza, w otoczeniu ażurowych brzóz i żylastych topoli stał drewniany, obszerny dom Harsynowiczów. Nieopodal, w zasięgu wzroku, rozłożyły się, rozrzucone nieregularnie, pozostałe trzy domy wojskowych osadników, budowane w stylu polskim, na kamiennej podmurówce, szalowane deskami z żywicznych modrzewi. Sikorówka porucznika Eugeniusza Wędziagolskiego, Woda kapitana Niemirskiego i Dębina rotmistrza Stanisława Grocha. Najbliżej lasu stał dom Harsynowiczów nazywany Górką. Wchodziło się doń z północnej strony opartej o granatowy, mocny cień lasu. Od południa zdobiła go wysoka oszklona weranda sięgająca poddasza. Przed werandą, z której wyjść można było po trzech kamiennych schodkach, oko domowników i przybywających gości cieszył czarnoziemny ogród pełen rozmaitego kwiecia. Przy płocie stały wyprostowane białe i czerwone malwy, czerniały dojrzałe tarcze słoneczników i kipiała wokół wciąż otwartej furtki pnąca róża, obsypana gęsto, jak posażna panna, różowym lekkim kwiatem.
W środku, na grządkach rozrzuconych swobodnie, w pozornym nieporządku, stały smukłe złocienie, lśniły cynie i trzymały się ziemi bratki posadzone zaraz obok licznych odmian dalii i różnobarwnych georginii. Ozdobą tej części ogrodu były zioła: ogromny lubczyk, oliwkowa szałwia, odurzająco pachnące mięta, rozmaryn i tymianek, a także hodowane dla nasion kminek, czarnuszka i kozieradka.
Od zachodu rozłożył się ogród warzywny. Było w nim prawie wszystko, co rosło w tutejszym klimacie – dorodne, ciemnozielone liściaste selery, lżejsza i jaśniejsza pietruszka, marchew, pomarańczowe pęcherze dyń, ciężkie kawony, drobne melony i cukinie, prawie tak czarne jak staw w najgłębszym miejscu. Ciężkie grona pomidorów oparły się o wysoką grzędę, a ogórki wciąż kwitły cytrynowo mimo kończącego się lata. Przy płocie rzędem posadzono dawno już zebrany włochaty agrest, czarne i czerwone porzeczki i kępę malin. Ratafia z tych owoców w ogromnych zielonych słojach czerniała już w słońcu i nęciła ostrym, prześwietlonym zapachem fermentacji.
Od wschodnich, kontynentalnych wiatrów osłaniała dom grupa drzew owocowych i dwa spore orzechy włoskie, zasadzone w rocznym odstępie, z okazji urodzin synów.
Drewniane domy i gospodarskie obejścia pławiły się w dobrotliwym świetle wspólnie z drewnianą cerkwią i czterema murowanymi budynkami: kościołem greckokatolickim, szkołą, dawną karczmą, teraz nazywaną zajazdem, i domem aptekarzostwa Krzysztofowiczów. Odnoga nieutwardzonej drogi, idącej między domostwami, skręcała na północ i wspinała się lekko w górę, w kierunku lasu. Tam, na zboczu wzniesienia, liczącego nie więcej niż 200 metrów nad poziomem morza, w otoczeniu ażurowych brzóz i żylastych topoli stał drewniany, obszerny dom Harsynowiczów. Nieopodal, w zasięgu wzroku, rozłożyły się, rozrzucone nieregularnie, pozostałe trzy domy wojskowych osadników, budowane w stylu polskim, na kamiennej podmurówce, szalowane deskami z żywicznych modrzewi. Sikorówka porucznika Eugeniusza Wędziagolskiego, Woda kapitana Niemirskiego i Dębina rotmistrza Stanisława Grocha. Najbliżej lasu stał dom Harsynowiczów nazywany Górką. Wchodziło się doń z północnej strony opartej o granatowy, mocny cień lasu. Od południa zdobiła go wysoka oszklona weranda sięgająca poddasza. Przed werandą, z której wyjść można było po trzech kamiennych schodkach, oko domowników i przybywających gości cieszył czarnoziemny ogród pełen rozmaitego kwiecia. Przy płocie stały wyprostowane białe i czerwone malwy, czerniały dojrzałe tarcze słoneczników i kipiała wokół wciąż otwartej furtki pnąca róża, obsypana gęsto, jak posażna panna, różowym lekkim kwiatem.
W środku, na grządkach rozrzuconych swobodnie, w pozornym nieporządku, stały smukłe złocienie, lśniły cynie i trzymały się ziemi bratki posadzone zaraz obok licznych odmian dalii i różnobarwnych georginii. Ozdobą tej części ogrodu były zioła: ogromny lubczyk, oliwkowa szałwia, odurzająco pachnące mięta, rozmaryn i tymianek, a także hodowane dla nasion kminek, czarnuszka i kozieradka.
Od zachodu rozłożył się ogród warzywny. Było w nim prawie wszystko, co rosło w tutejszym klimacie – dorodne, ciemnozielone liściaste selery, lżejsza i jaśniejsza pietruszka, marchew, pomarańczowe pęcherze dyń, ciężkie kawony, drobne melony i cukinie, prawie tak czarne jak staw w najgłębszym miejscu. Ciężkie grona pomidorów oparły się o wysoką grzędę, a ogórki wciąż kwitły cytrynowo mimo kończącego się lata. Przy płocie rzędem posadzono dawno już zebrany włochaty agrest, czarne i czerwone porzeczki i kępę malin. Ratafia z tych owoców w ogromnych zielonych słojach czerniała już w słońcu i nęciła ostrym, prześwietlonym zapachem fermentacji.
Od wschodnich, kontynentalnych wiatrów osłaniała dom grupa drzew owocowych i dwa spore orzechy włoskie, zasadzone w rocznym odstępie, z okazji urodzin synów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz