Proszę
przeczytać dwa artykuły: Piotr Pogorzelski odmawia Polakom prawa do
poruszania tematu zbrodni wołyńskiej natomiast Andrzej Brzeziecki
łagodnie z nim polemizuje. Punkt widzenia obydwu panów jest
absurdalny ale niestety charakterystyczny dla aktualnego stanu
dyskusji o stosunkach polsko-ukraińskich.
Dyskusja o zbrodni wołyńskiej zmierza w najgorszym z możliwych kierunku. Zamiast odpowiedzieć na próby znalezienia porozumienia, które pojawiają się ze strony ukraińskiej, widzimy polskie kroki prowadzące jedynie do zaostrzenia dwustronnych relacji. I na pewno nie przyczynią się one do poznania prawdy historycznej.
Polacy nie mogą oczekiwać od Ukraińców, takiego podejścia do zbrodni wołyńskiej, jakie sami mieliby gdyby ją popełnili. Trzeba jednak docenić te gesty, które się pojawiają. W społeczeństwie ukraińskim istnieje bowiem kompletnie odmienne podejście do historii niż w Polsce.
Po pierwsze, historią interesuje się jedynie garstka osób. W mediach nie ma dyskusji na historyczne tematy – może poza internetem i kanałem telewizyjnym TVi, który ogląda garstka inteligencji, a i tak wydaje się, że jego dni są policzone.
Po drugie, wiele osób, szczególnie tych, które mają ponad 35 lat, czuje się kompletnie zdezorientowanych, odnośnie tego, co w historii Ukrainy jest prawdą, a co nią nie jest. W Muzeum Wielkiego Głodu w Kijowie spotkałem kiedyś czterdziestoletnią nauczycielkę z Ługańska, która wyznała mi, że zastanawia się, czy Stalin był dobry, czy zły. W szkole uczyli ją bowiem, że dobry, a w Muzeum jest on przedstawiony, jako odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Wśród tych milionów była też jej rodzina. Ta kobieta nie była idiotką, a raczej inteligentną osobą, kompletnie zagubioną w historycznych meandrach. Propaganda w Polsce była niczym w porównaniu z tym, co Związek Radziecki robił z własnymi obywatelami,
Po trzecie, zastanawiam się, czy Polacy zdają sobie sprawę, że niemal w każdej małej miejscowości na wschód od Nowogrodu Wołyńskiego (obwód żytomierski) stoi pomnik Lenina. A czym kończy się próba jego demontażu? Komentarzem: „ale przecież to jest nasza historia...”. Z zupełnie innym podejściem spotkamy się w zachodniej części Ukrainy. Tam następuje kompletne odrzucenie dawnych „bohaterów” przy histerycznym wręcz poszukiwaniu nowych, nie zawsze pałających miłością do Polaków. Niemniej jednak, piszę o tym, aby uświadomić Polakom, że trudno oczekiwać od Ukraińców przeprosin za Wołyń, jeżeli nie mogą oni nawet wypracować sobie poglądów na inne, mniej kontrowersyjne fakty z własnej historii.
Po czwarte wreszcie, istotny jest ukraiński strach przed mówieniem prawdy. Jest on wyjątkowo głęboko zakorzeniony, szczególnie u starszych Ukraińców. Ostatnio przeprowadziłem dwie rozmowy: pierwszą z kijowską emerytką, której ojciec walczył w Armii Czerwonej i był prześladowany przez władze radzieckie. Do końca życia bał się coś na ten temat powiedzieć. Bał się o własne dzieci, z których jedno – mimo przeszłości ojca – robiło karierę w Moskwie. Drugą rozmowę odbyłem z wnuczką weterana UPA, który nawet w latach dziewięćdziesiątych bał się mówić o tym, gdzie i jak walczył, choć jego dzieci przekonywały, że był tylko radiotelegrafistą. Czy od takich ludzi możemy spodziewać się prawdziwych świadectw, co do tego, co działo się na Wołyniu?
Oceny i pomysły płynące z Warszawy świadczą o tym, że nikt nie zastanawia się tam, z kim tak naprawdę toczy się rozmowa. W teorii komunikacji, o ile się nie mylę, ogromną rolę odgrywa odbiorca, a nie nadawca. Dlatego, nawet, a może przede wszystkim, w przypadku dyskusji historycznych, warto byłoby zastanowić się, z kim się rozmawia, a nie tylko o czym.
Piotr Pogorzelski jest korespondentem Polskiego Radia w Kijowie.
Gdyby artykuł Piotra Pogorzelskiego został opublikowany dziesięć lat temu, podpisałbym się pod nim obiema rękami. Dziś mam wątpliwości. Nie dlatego, że zmieniłem poglądy. Zmieniły się po prostu czasy.
(Artykuł jest polemiką z artykułem Piotra Pogorzelskiego, który ukazał się na łamach wydania internetowego Nowej Europy Wschodniej: Wołyń: ukraiński punkt widzenia)
Od lat bowiem słyszymy te same argumenty – że Ukraińcy sami mają problem z własną historią, że trzeba to zrozumieć i tak dalej. Ale czas nie stoi w miejscu i problem w tym, że te argumenty jedynie uspokajają Ukraińców i pozwalają trwać im w słodkim lenistwie. Pisze Piotr Pogorzelski o „próbach znalezienia porozumienia” i o gestach ukraińskich. Prawdę mówiąc ja widzę w tej sprawie regres. W 2003 roku można było dostrzec gesty ze strony władz Ukrainy i Ukraińców (wtedy co prawda narzekaliśmy, że mieliśmy do czynienia z władzą, której było wszystko jedno w tej sprawie), dziś z trudem można doszukać się pozytywnych gestów.
Myślę, że w kwestii Wołynia czas „taryfy ulgowej”, o którą zdaje się apelować Piotr Pogorzelski, już się kończy. Strona polska podchodziła do zagadnienia przez wszystkie te lata po 1989 roku niezmiernie delikatnie i ostrożnie. Stawialiśmy sprawę Wołynia znacznie niżej niż sprawę Katynia w relacjach z Rosją, choć to Wołyń zasługuje na miano ludobójstwa w pierwszym rzędzie. Ta delikatność nie przyniosła skutków, za to sprawiła, że dziś mamy problem ze „środowiskami Kresowian” – lawirując, szukając eufemizmów, byle nie zrazić strony ukraińskiej, wyhodowaliśmy rzeczywiście rzesze radykalnie nastawionych Polaków, którzy faktycznie mogą teraz utrudniać proces pojednania. Stało się tak, bo przez dwie dekady Polska nie potrafiła narzucić w sprawie Wołynia takiej narracji, która – oparta na badaniach historyków – w jakiś sposób rozładowałaby negatywne emocje. I dziś w efekcie poszczególne partie, widząc, że temat jest „nośny”, prześcigają się w projektach uchwał na temat Wołynia i widać, że sprawa niestety poddana została już logice walki partyjnej a nie logice uczczenia ofiar.
Argumenty Piotra Pogorzelskiego na temat Ukraińców w stylu „czy od takich ludzi możemy spodziewać się prawdziwych świadectw”, traktuję jako wybitnie antyukraińskie. Bo w rzeczywistości oznaczają one: Ukraińcy to idioci, nie należy po nich spodziewać się niczego mądrego, trzeba ich traktować jak upośledzonych. Otóż ja uważam, że Ukraińcy nie są idiotami i zasługują na takie samo traktowanie jak Polacy, Czesi, Niemcy, czy Rosjanie. Jeśli, jak pisze Pogorzelski, w społeczeństwie ukraińskim istnieje kompletnie odmienne podejście do historii niż w Polsce, to jest to problem Ukraińców. W Polsce istnieje takie podejście, jak w całej Europie. Jeśli Ukraina chce być uznana za europejski kraj, musi wypracować sobie nowe podejście do historii.
Oczywiście, że Polska powinna Ukrainie w tym pomagać – poprzez publikacje, stypendia czy specjalne programy adresowane do Ukraińców powinniśmy im pomagać zrozumieć, co to znaczy troska o pamięć o ofiarach. Zdecydowanie za mało w tej kwestii zostało zrobione i to jest wina między innymi Polski. Uświadamianie Ukraińcom jak istotna dla narodowej tożsamości jest pamięć o ofiarach zbrodniczych reżimów, jest ważne nie tylko ze względu na Wołyń. Przecież to może pomóc Ukraińcom inaczej popatrzeć (czy: w ogóle popatrzeć) także na ofiary wśród mieszkańców Ukrainy i pozwolić im uczcić je w sposób należyty.
Wspólna i zjednoczona Europa została zbudowana także na pamięci o ofiarach lat 1939-1945. Ojcom Europy przyświecało hasło „nigdy więcej” – stąd tyle środków i wysiłków poświęcono, by edukować narody Europy. Jeśli uważamy, że Ukraińcom należy się miejsce w Unii Europejskiej, to musimy zgodzić się z tym, że także powinni się znaleźć we wspólnej przestrzeni pamięci o zbrodniach XX wieku.
A to wymaga wysiłku i zamiast usypiać Ukraińców, powinniśmy ich – jako przyjaciele, strategiczni partnerzy – do tego wysiłku zachęcać.
Andrzej Brzeziecki jest redaktorem naczelnym Nowej Europy Wschodniej
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz