środa, 15 stycznia 2020

Krzesimir Dębski: Ukraińcy sami się podkładają rosyjskiej propagandzie szerząc kult UPA



Ukraińcy mówili, że jestem bardzo podobny do swojego dziadka Leopolda, który leczył ich za darmo. Mama wtedy nie wytrzymała i zapytała: „To dlaczego go zabiliście?” Odpowiadali: „Tak trzeba było. Takie czasy były.” Mama zapytała: „A gdyby teraz trzeba było?” Usłyszała: „To też” - mówi w wywiadzie dla "Polska The Times" kompozytor Krzesimir Dębski.



- Pierwsze informacje, jakie się w ogóle pojawiały w gazetach na temat Wołynia, zwłaszcza w „Gazecie Wyborczej”, opowiadały o polskich krzywdzicielach; pisano o polskich kolonistach i polskich przewinach wobec Ukraińców. Ojciec zwykle z tymi faktami polemizował. Natychmiast wysyłał listy, na przykład właśnie do „Gazety Wyborczej”. Nigdy nie dostał żadnej odpowiedzi – mówi w wywiadzie dla „Polska The Times” znany kompozytor Krzesimir Dębski, autor książki "Nic nie jest w porządku. Wołyń – moja rodzinna historia", którego rodzina pochodzi z Wołynia. Jego rodzice poznali się podczas ataku UPA na kościół w rodzinnym Kisielinie 11 lipca 1943 roku.
- Pisał też do ukraińskiej prasy, bo tam czasem publikowano kłamliwe artykuły, w wołyńskich gazetach – dodaje kompozytor. - Ci Ukraińcy, banderowcy w dalszym ciągu są bardzo aktywni. Raz napisali, że miasteczko Kisielin sterroryzował mój stryj Jerzy, już świętej pamięci, który zresztą też został ranny, podczas owego pamiętnego ataku na kościół. A mój stryj od dziecka był inwalidą, miał gruźlicę kości, był bardzo niewielkiego wzrostu, z trudem w ogóle chodził. Jak więc mógł, jak napisano, z nożem biegać po miasteczku i zabijać Ukraińców? Ojciec na swoje listy wysyłane na Ukrainę też nigdy nie dostał odpowiedzi.
Ojciec Krzesimira, Włodzimierz Sławosz Dębski, przed śmiercią napisał i wydał kilka książek o Wołyniu. Potem robił to Krzesimir Dębski. - Ale nie dało się zauważyć zmiany stosunku w Polsce. Media, dziennikarze nie dotykali tego problemu. Co roku obserwowałem, jakie informacje pojawiały się w lipcu. Oto 9 lipca na paskach w telewizyjnych programach informacyjnych, w gazetach informowano: „Rocznica mordu w Srebrenicy, 7 tysięcy muzułmanów zamordowanych”. Potem 10 lipca - Jedwabne. „Zamordowano żydów, spalono ich w stodole”.
Kompozytor zaznacza, że to dobrze, że zajmowano się tymi tematami, ale gdy przychodził dzień 11 lipca, następowała w temacie Wołynia cisza:
- Rozmawiałem ze znajomymi dziennikarzami, wiele razy mówiłem im: „Słuchajcie, żadnych informacji na temat rzezi wołyńskiej?” Wystarczy popatrzeć na proporcje - 60 tysięcy zabitych na samym Wołyniu. Zajmujemy się innymi zdarzeniami, czcimy pamięć, świętujemy, powstają na ten temat filmy, a taka tragedia, jaka wydarzyła się na Wołyniu nie zasługuje na żadną informację? Naprawdę, bardzo mnie to denerwowało.
Dziadkowie Krzesimira Dębskiego, Leopold i Aninsja (która była Kozaczką), którzy jakiś czas po zbrodni wrócili do Kisielina, zostali porwani i zamordowani.
- Nigdy ich nie znaleziono – mówi kompozytor w wywiadzie. - Zwodzili nas, oszukiwali, że je znajdą. Chodziło, myślę, o wyciągnięcie pieniędzy.
Tablicę pamiątkową ku pamięci rodziców ufundował ojciec Krzesimira Dębskiego. - Ale zmieniali mu napisy – zaznacza. - Cały czas są próby ukrycia tego, co tam naprawdę się wydarzyło, i to na poziomie administracyjnym, państwowym.
Zdaniem kompozytora, Polacy mają odnośnie Ukraińców złudzenia:
- Weźmy na przykład wizytę na Ukrainie prezydenta Komorowskiego. Brałem w niej udział, zaprosili mnie. Widziałem, że na poziomie państwowym nie ma woli pojednania. Oszukujemy się, że jak spotykają się dwaj prezydenci, to jest to znaczące. Ale kiedy przyleciał tam prezydent Komorowski, to witał go wicegubernator. Prezydent Ukrainy nie przyjechał. Na głównych uroczystościach w katedrze była wiceprzewodnicząca komisji kultury miasta Łucka. Nawet wiceburmistrz nie przyszedł. To pokazuje tę asymetrię, absolutną nierównowagę. 
Krzesimir Dębski zwraca uwagę, że za zbrodnie odpowiedzialna jest ideologia nacjonalizmu, zwłaszcza ukraińskiego, lecz sam krytycznie odnosi się do tego nurtu, m.in. w przedwojennej Polsce. Mówi również, że wszystko zaczęło się od okupacji sowieckiej, a w oddziałach UPA obecni byli sowiecki, pełniący rolę instruktorów. Zaznacza jednak, że „Ukraińcy sami się podkładają rosyjskiej propagandzie szerząc kult UPA”.
Kompozytor uważa, że na ukraińskiej ludności Wołynia bardzo negatywnie odbiły się czasy I wojny światowej i wojna pozycyjna. - I później każda, pozytywna nawet działalność ze strony polskiej była tam odbierana jako wrogie działanie. Budowa sławojek, melioracja, budowa dróg - Ukraińcy to wszystko traktowali jako działanie przeciwko nim, żeby ich zgnębić – mówi Dębski.
W 2003 roku kompozytor wraz z matką udał się do Kisielina. Spotkali się tam jednak z nienawiścią ze strony Ukraińców. - Ludzie tam wciąż nie przetrawili tego, co się stało. A przecież wiadomo, że na wsi nic się nie ukryje, wszyscy wszystko wiedzą. Dokładnie wiedzą, kto mordował, kto rabował, bo element rabunkowy też był bardzo istotny. Pewnie niektórzy do tej pory mają nasze rzeczy. Do domów nas nie wpuszczali. Ale wiedzą, że my wiemy – mówi kompozytor.
- Mówili, że jestem bardzo podobny do swojego dziadka Leopolda, który leczył ich za darmo. Mama wtedy nie wytrzymała i zapytała: „To dlaczego go zabiliście?” Odpowiadali: „Tak trzeba było. Takie czasy były.” Mama zapytała: „A gdyby teraz trzeba było?” Usłyszała: „To też”. Ale dlaczego teraz mieliby mordować? Czy my im teraz coś zabieramy? U nas legenda mówi, że jak Wanda nie chciała Niemca, to się rzuciła do Wisły. U nich - że syn Tarasa Bulby, kiedy zakochał się w Polce, to ojciec zabił i jego, i ją. To straszna legenda – mówi Krzesimir Dębski.
Polskatimes.pl / Kresy.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz