Początek lat 90 -tych XX w., spotkanie grupy kombatantów w Gdańsku. Do 80 letniego cywila podchodzą nieco tylko młodsi cywile i stając w postawie zasadniczej meldują: "panie poruczniku melduje się kapral ..., panie poruczniku melduje się sierżant ...." Dziwne? Nie bo taki był por. "Jastrząb", był dla żołnierzy autorytetem i po tak wielu latach oni to okazywali. Meldowali się nie podpułkownikowi Władysławowi Czermińskiemu lecz porucznikowi "Jastrzębiowi" jakiego znali i pamiętali.
Tekst Leona Karłowicza z 1995 r. z charakterystycznym dla autora emocjonalnym związkiem z osobą Władysława Czermińskiego i opisywanymi wydarzeniami przedstawia dokonania i losy bohatera.
Leon Karłowicz
PPŁK. WŁADYSŁAW CZERMINSKI "JASTRZĄB" NIE ŻYJE
Umarł "Jastrząb". Odszedł na zawsze ostatni z najbardziej zasłużonych oficerów 27 WDP AK, człowiek owiany legendą, ceniony i szanowany nawet przez antagonistów, a szczerze kochany przez podwładnych. Jego to przede wszystkim zasługą było utrzymanie i rozbudowa organizacyjna oddziału partyzanckiego w Zasmykach, zaprowadzenie ładu i dyscypliny zarówno wśród pierwszych grup partyzanckich, jak i wśród ludności cywilnej zwłaszcza tej z odległych miejscowości, która cudem wyrwawszy się ze szponów chciwych polskiej krwi banderowców, drżała z obawy, że również i na Zasmyki lada dzień mogą napaść ci sami oprawcy. W nich przede wszystkim budził „Jastrząb" przekonanie, że musimy się obronić, że nie ustąpimy z wyznaczonego posterunku i zwyciężymy lub zginiemy, ale po odważnym boju, z honorem, w czym dzielnie sekundował naszemu dowódcy niezapomniany ks. Michał Żukowski, pierwszy kapelan tamtejszych oddziałów. Obaj stanowili duet, który sam swym widokiem, swoją godną, odważną postawą wlewał otuchę w zbolałe serca i wiarę w zwycięstwo. Spokój i niezwykłe opanowanie por. "Jastrzębia" w najtrudniejszych momentach ówczesnego życia imponowały jego żołnierzom i dodawały sił do walki.
Z zawodu "Jastrząb" był nauczycielem. Urodził się 17.08.1910 r. w Jeżewie w pow. Sierpc na Mazowszu. Ukończył WKN (Wyższy Kurs Nauczycielski) i Szkołę Podchorążych Piechoty i rozpoczął studia na Uniwersytecie Lwowskim. Warunki obiektywne zmusiły go do podjęcia pracy zawodowej. Pierwszą posadę jako pedagog otrzymał w okolicach Kostopola. Po roku został przeniesiony do Kowla do szkoły powszechnej im. I. Mościckiego, w której prowadził lekcje wychowania fizycznego. Po niedługim czasie znowu zmiana: tym razem władze szkolne zleciły Mu pracę nauczycielską w Mielnicy w pow. kowelskim. W r. 1936 zostaje mianowany kierownikiem szkoły powszechnej II stopnia w Drozdniach w pobliżu Kowla. Powierzono mu także funkcję Prezesa Konferencji Rejonowych w gminie Lubitów. Na tym stanowisku zastał Go wybuch wojny 1939 roku.
Pierwsze tygodnie kampanii wrześniowej mocno zapisały się w pamięci Czermińskiego, późniejszego por. „Jastrzębia". Jako nauczyciel był zwolniony od nakazu mobilizacyjnego, przebywał więc w swej miejscowości. W dniu 15 września do dworu w sąsiednim Zastawiu, własności p. Laudańskich, schronił się gen. Mariusz Zaruski, głośny swego czasu taternik, żeglarz, literat, twórca GOPR-u, zasłużony na wielu polach działacz społeczny. Wraz z nim przybyło do Zastawia kilku wyższych oficerów. Śledzący ich ukraińscy komuniści postanowili napaść na dwór i wymordować zarówno przybyszów, jak i właścicielkę majątku wraz z rodziną. Ostrzeżony przez zaprzyjaźnionych Ukrańców Władysław Czermiński, wykorzystując ich pomoc wyprowadził znanymi sobie ścieżkami generała wraz z towarzyszącymi mu osobami oraz panią Laudańską najpierw do Woronny, wsi położonej niedaleko Lubitowa, następnie - również bocznymi drożynami - do Kowla. Tam w kilka dni po wkroczeniu wojsk sowieckich do miasta, został powołany konspiracyjny Związek Obrońców Wołynia (ZOW), na którego czele stanął gen. Zaruski, zaś jego zastępcą został Wł. Czermiński. Przystąpiono natychmiast do organizowania tajnych komórek Związku. Po wyjeździe gen. Zaruskiego do Lwowa, gdzie przez zimę 1940 r. ukrywał się w Ogrodzie Botanicznym do chwili aresztowania przez NKWD i deportacji do Rosji, pracami konspiracyjnymi w Kowlu kierował por. „Jastrząb".
Niestety, NKWD przy pomocy miejscowych agentów, Ukraińców i Żydów, szybko wpadła na trop organizacji. Nastąpiły aresztowania i zsyłki na Sybir. Pracę trzeba było zawiesić na czas nieokreślony.
Warto wspomnieć, że sędziwy gen. Zaruski został wkrótce po aresztowaniu zamordowany w więzieniu sowieckim. I Wł. Czermiński w początkach rządów bolszewickich cudem tylko uszedł śmierci. Wybrał się mianowicie do Drozdeń w celu zdobycia żywności, bowiem w Kowlu nagle wszystkiego zaczęło brakować. Sklepy, dotąd bardzo zasobne, opustoszały. Odczuli to zwłaszcza ci, którzy nie mieli żadnych zasobów, własnego domu ni pracy. Bez trudu kupił u dobrych znajomych potrzebne środki spożywcze i zadowolony wracał do miasta. Po drodze dołączyła do niego grupa miejscowych Ukraińców, którzy z kolei podążali do Kowla po tytoń i papierosy, gdyż i te wyroby znikły niespodziewanie z półek sklepowych. W pewnym momencie zastąpił im drogę oddział czerwonoarmistów. Nastąpiło legitymowanie. Nie spodobał im się dokument Polaka. Polecili mu iść z sobą. I wtedy wstawił się za kierownikiem szkoły Ukrainiec z Drozdeń, nazwiskiem Karp Klimuk. Zapewnił Sowietów, że ów Polak jest mu dobrze znany, że nikomu nie zrobił żadnej krzywdy i że nie widzi powodów do Jego zatrzymania. A mówił to odważnie, stanowczo. Poskutkowało. Wcześniej na pytanie Klimuka co chcą z Polakiem uczynić, usłyszano krótką odpowiedź „Ubijom". Epizod ten wspominał „Jastrząb" często, a swego wybawcę zachował do wdzięcznej pamięci.
Potem zaczęła się praca w ZWZ, w AK i wreszcie działania zbrojne. Przez cały okres okupacji przebywał „Jastrząb" a to w Kowlu, trochę w Maniewiczach, pod koniec w Budach Ossowskich. Były to już początki krwawych rzezi Polaków. Również i tam nasz późniejszy dowódca w ostatniej chwili uszedł z rąk oprawców Bandery i Łebedia.
16 lipca 1943 r. na rozkaz Inspektoratu AK w Kowlu por. „Jastrząb" przybył do Zasmyk, dużej wsi złożonej z samej tylko ludności polskiej. Usytuowanie miejscowości pomiędzy dwoma dużymi kompleksami leśnymi, z dala od ważniejszych dróg komunikacyjnych, sporo młodzieży, dobrze zorganizowany przed wojną Związek Strzelecki i Związek Rezerwistów oraz inne organizacje stwarzały szansę na stosunkowo pomyślne przygotowanie się do nieuniknionego, jak przewidywano, napadu banderowców. Wraz z dowódcą przybyło do Zasmyk kilku młodych ludzi z bronią w ręku, w tym niektórzy po odbytej służbie wojskowej i udziale w kampanii 1939 r. Razem z przybyłą do naszej wsi o kilka dni wcześniej grupą uzbrojonej młodzieży z pobliskich Radowicz pod dowództwem ppor. „Znicza" - Henryka Nadratowskiego, był to już obiecujący zaczątek przyszłych obrońców zasmyckiej placówki.
"Jastrząb" od razu wzbudził zaufanie tak podwładnych, jak i ludności Zasmyk. Wprawdzie nie wszyscy akceptowali otwarte demonstrowanie gotowości bojowej, by nie prowokować tak Ukraińców, jak i Niemców, lecz większość była zdania, że oddział zbrojny na wypadek najścia Ukraińców jest bezwzględnie konieczny. W „Jastrzębiu" pokładano największe nadzieje. Imponował każdemu. Był zawsze spokojny, opanowany, nawet pogodny, bez śladów lęku o najbliższą przyszłość, mimo że najlepiej zdawał sobie sprawę z grozy sytuacji. Z miejsca też przystąpił do przeprowadzania ćwiczeń natury wojskowej. Stale był w ruchu, przemierzał ze swymi chłopcami rozległe przestrzenie wokół wsi, pokazując się niemal jednocześnie w kilku miejscach obserwującym Zasmyki Ukraińcom. Taktyka ta znakomicie zdała egzamin. Wieści o rzekomych tysiącach wojska w Zasmykach powstrzymywały UPA przed pochopnym uderzeniem. Zwlekano więc, a to właśnie było na rękę Polakom. Gdy oddział powiększył siłę, wspólnie z por. „Sokołem" - Michałem Fijałką, koordynującym działanie placówki z ramienia Inspektoratu AK w Kowlu oraz z paroma podoficerami, jak np. „Kruk" - Kazimierz Pawlik, ,,Orzech" - Antoni Jamrozy, „Błyskawica" - Józef Piątkowski i inni zaprawiał oddział do walki, do trudnych marszów, do umiejętności wykorzystywania terenu, itd. Wkrótce młodzi żołnierze mieli praktycznie przekonać się jak ważne i potrzebne były owe praktyczne ćwiczenia, gdy przyszło im stanąć oko w oko z nieprzyjacielem.
A potem zaczęło się długie pasmo walk z bandami UPA. Gruszówka, ewakuacja ludności polskiej z Osiecznika, wyprawa do Rymacz, Kupiczów, Dażwa, Ośmigowicze i wiele, wiele innych wypraw, bojów, potyczek. Nie będę mówił o nich, ponieważ wszystkie opisane szczegółowo w różnych publikacjach. W każdej z nich por. „Jastrząb" dał dowód swego talentu żołnierza i dowódcy, nie tracąc nigdy zimnej krwi i kierując walkami w sposób niemal doskonały. Co do tego nie ma rozbieżności w zdaniach wszystkich uczestników owych zmagań.
Wreszcie ciężkie walki z Niemcami w rejonie między Kowlem a Lubomlem. One również wykazały, że por. „Jastrząb" nigdy nie zawiódł. Zarówno we wspomnieniach zwykłych żołnierzy, jak i w opiniach wyższych oficerów nie ma ani jednej krytycznej uwagi na temat II/50 pp. i jego dowódcy.
A uwieńczeniem dokonań bojowych porucznika było zebranie rozproszonych w lasach mosurskich i ziemlickich żołnierzy z kilku batalionów po pamiętnym forsowaniu torów pod Jagodzinem. Przez kilka tygodni przemierzał nasz dowódca leśne ostępy od Ziemlicy po Kolonię Strzelecką i od Janin Boru po Bindugę w poszukiwaniu mniejszych czy większych grup żołnierskich, zdanych na łaskę losu. Włączał wszystkich do swego oddziału. W dramatycznych warunkach w głodzie i chłodzie, w terenie gęsto obsadzonym przez wojska niemieckie, usiłował wychwycić wszystkich polskich partyzantów i przez poleskie bagna doprowadził ponad 400 osobowy oddział do dywizji na Ziemię Lubelską pod Ostrowem. Po krótkim odpoczynku (dołączenie do dywizji nastąpiło w ostatnich dniach czerwca) batalion „Jastrzębia" znowu był gotów do walki.
Coś chwytało za serce gdy patrzyło się na zmienioną pobladłą twarz por. „Jastrzębia" (od 3.05.1944 r. kapitana), gdy przeprowadzał ostatnią zbiórkę batalionu na szosie w Skrobowie 25 lipca 1944 r. i gdy oznajmiał złamanym głosem, iż za chwilę mamy złożyć broń. Był oficerem. na którego obliczu widniał zawsze nienaruszony spokój. Tym razem ta twarz pokryta niepokojącą bladością, ukazywała dramatyczne napięcie, spowodowane sowieckim rozkazem, a głos o kilka tonów niższy niż normalnie, wydobywał się jakby spoza tego człowieka. Jeszcze bardziej tragicznie przeżył „Jastrząb" nieudaną tegoż wieczora próbę ucieczki z bronią w ręku z terenu otoczonego przez wojska rosyjskie. Gdy wrócił z pobliskiego lasku, przez który próbował się przedostać z kilku swoimi żołnierzami, gdy mówił o stojących wokół czołgach i gniazdach CKM-ów, głos mu drgał, a w słowach czuć było niepohamowany gniew, zawód a także rozpacz żołnierza-Polaka, któremu bestialsko zabierano wszystko, co miał najdroższego - prawo do walki o wolność narodu i państwa, wyrządzając tym samym krzywdę nie do naprawienia. Nic dziwnego, że już po kilku miesiącach kpt. „Jastrząb" znalazł się w szeregach WiN w północnej Lubelszczyźnie i na Podlasiu.
Uniknął aresztowania i znowu chwycił broń do ręki. Nie prowadził jednak walk zbrojnych. Skupił przy sobie niewielką liczbę swych najwierniejszych żołnierzy z czasów wołyńskich i przygotowywał ich do przyszłych prac organizacyjnych przy tworzeniu polskiego wojska, kiedy - jak mówił - ,,nastąpi czas ostatecznej próby". Liczył na interwencję Zachodu, jak zresztą wielu wtedy Polaków. Ciężko ranny podczas ucieczki z rąk UB latem 1945 r., leczył się konspiracyjnie
w Wraszawie, a po dojściu do sił przedostał się przez zieloną granicę do Czech, gdyż ciążył na nim wyrok śmierci i za działalność w AK i szczególnie w WIN. Po krótkim pobycie w Czechosłowacji, przyjmowany gościnnie przez byłych kupiczowian, których bronił niedawno przed napadami Ukraińców, w podobny sposób dostał się do RFN, gdzie został wkrótce asystentem, a konkretnie zastępcą komendanta obozu liczącego 1500 osób, złożonego z ludzi uczestniczących w ,,Operation Vittels", czyli przy dostawie żywności do Berlina Zachodniego, by ratować ludność miasta przed głodem, bowiem ZSRR zamknął linię kolejową do Berlina i należało stworzyć „most powietrzny", łączący miasto ze światem. Ową odpowiedzialną funkcję pełnił Wł. Czermiński przez okres 57 miesięcy, tj. do 1950 roku.
W rok później wyemigrował do USA. Do kraju wrócił po 43 latach, aby jak pisał w liście do autora niniejszych wspomnień - „złożyć swoje kości w polskiej ziemi". Przez cały czas pobytu za oceanem utrzymywał łączność korespondencyjną z wielu swymi żołnierzami doskonale orientował się we wszystkim, co się u nas działo. Czuł się tylko jakby zapomniany przez byłych dowódców dywizji i byłych kolegów, świadomie spychany przez nich na dalszy plan, w czym się chyba nie mylił, a co odczuwał bardzo dotkliwie.
Nie miał podwładnego, który by go nie darzył szczerym uznaniem i głębokim uczuciem. Każdemu tez odwzajemniał się nasz dowódca tym samym. Pozornie nieprzystępny jakby zapatrzony w siebie, darzył swych żołnierzy prawdziwie ojcowskim sercem. Miałem okazję przekonać się o tym podczas długich wielodniowych rozmów wiosną i latem 1945 r. w czasie wspólnego pobytu w okolicach Łukowa. Często wtedy nasz kapitan otwierał się całkowicie i mówił w zadumie o swych „synkach" - przede wszystkim o poległych na Wołyniu lub o tych, którzy doznali ciężkich ran i nabawili się na całe życie kalectwa. W takich chwilach głos załamywał Mu się wyraźnie. Odwracał od nas głowę, widocznie dla ukrycia nadmiaru wzruszeń. Jeszcze po latach, w 1971 r. pisał z USA: .....Sąd, że nie mogłem pamiętać wszystkich moich podwładnych, jest słuszny, ale pamiętam wielu.
Nie jako podwładnych, ale jako braci i dzieci...". I kończył list słowami: ,, ...Proszę mi opisać swoje wrażenia "wycieczkowe" z Zarzecza (zza Buga, dokąd się wtedy wybierałem), gdzie moi synkowie leżą...".
Funkcję dowódcy, którego pieczy powierzono dużą liczbę ludzi, oceniał ,,Jastrząb" w szczególny sposób. Widać to było na każdym kroku, zwłaszcza w chwilach szczególnie niebezpiecznych, w ogniu zaciętych walk, gdy pociski ocierały się o żołnierskie głowy i mundury. Nie chował się wtedy, lecz stojąc na otwartej przestrzeni, patrzył uważnie w dwu zwykle kierunkach: ku nieprzyjacielowi i w stronę swoich, jak mawiał — „rycerzy". Takie zachowanie mieliśmy mu
czasem za złe, uważają to za lekkomyślność i zbyteczną brawurę. Co zrobimy jeśli go, nie daj Bóg, zabraknie?! Dopiero po latach zrozumieliśmy, że nic była to ani brawura, ani lekkomyślność, lecz objaw niepokoju o ludzi, obawa, by kogoś nie przeoczyć, nie pominąć odpowiedniego manewru, zapewniającego zwycięstwo kosztem najmniejszych ofiar. Pamiętam chwile w wielu bitwach, gdy leżeliśmy plackiem na polu, kule świstały przeraźliwie tuż nad głowami, a nasz dowódca stał lekko tylko pochylony i wpatrywał się w przedpole, pokrzykując od czasu do czasu na tych, którzy nie dość precyzyjnie wykorzystywali nierówności terenu i nie chronili należycie głów.
,,...Dowódca - pisał w 1974 r. - poświęcający siebie, by ratować innych żołnierzy, nie działa pod wpływem instynktu. Działa z całą świadomością niebezpieczeństwa na które się naraża. Idzie przeciw pewnej śmierci w poczuciu obowiązku za powierzony mu oddział, za ludzi którymi dowodzi...". Przekonaliśmy się niejednokrotnie, że między słowem a czynem nie było u niego rozbieżności.
W roku 1946 w Londynie uzyskał „Jastrząb" stopień majora, a na kilka lat przed powrotem do kraju - podpułkownika, także w Londynie. Odznaczony był krzyżem walecznych (l.02.1944 r.) i Krzyżem Virtuti Militari V klasy (1.08.1944 r.), potwierdzonym przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego (L.Dz. 6379/47). Umarł jako inwalida bez obu nóg, pochowany skromnie na cmentarzu w Gdyni.
Nie było przysłowiowego ,,lasu sztandarów", nie było wielkich mów, fanfar, ani bicia w dzwony, marszów żałobnych i salw karabinowych. Ale takie pożegnania towarzyszyły często nawet największym z Polaków, jak choćby Norwidowi, Kościuszce czy Sowińskiemu. Lecz ich było „za grobem zwycięstwo". Historia nie zapomina i o legendarnym , ,,Pierwszym Partyzancie Wołynia".
Cześć Jego pamięci!
/tekst z Biuletynu Informacyjnego ŚZŻ AK nr.4 z 1995 r./
Tekst Leona Karłowicza z 1995 r. z charakterystycznym dla autora emocjonalnym związkiem z osobą Władysława Czermińskiego i opisywanymi wydarzeniami przedstawia dokonania i losy bohatera.
Leon Karłowicz
PPŁK. WŁADYSŁAW CZERMINSKI "JASTRZĄB" NIE ŻYJE
Umarł "Jastrząb". Odszedł na zawsze ostatni z najbardziej zasłużonych oficerów 27 WDP AK, człowiek owiany legendą, ceniony i szanowany nawet przez antagonistów, a szczerze kochany przez podwładnych. Jego to przede wszystkim zasługą było utrzymanie i rozbudowa organizacyjna oddziału partyzanckiego w Zasmykach, zaprowadzenie ładu i dyscypliny zarówno wśród pierwszych grup partyzanckich, jak i wśród ludności cywilnej zwłaszcza tej z odległych miejscowości, która cudem wyrwawszy się ze szponów chciwych polskiej krwi banderowców, drżała z obawy, że również i na Zasmyki lada dzień mogą napaść ci sami oprawcy. W nich przede wszystkim budził „Jastrząb" przekonanie, że musimy się obronić, że nie ustąpimy z wyznaczonego posterunku i zwyciężymy lub zginiemy, ale po odważnym boju, z honorem, w czym dzielnie sekundował naszemu dowódcy niezapomniany ks. Michał Żukowski, pierwszy kapelan tamtejszych oddziałów. Obaj stanowili duet, który sam swym widokiem, swoją godną, odważną postawą wlewał otuchę w zbolałe serca i wiarę w zwycięstwo. Spokój i niezwykłe opanowanie por. "Jastrzębia" w najtrudniejszych momentach ówczesnego życia imponowały jego żołnierzom i dodawały sił do walki.
Z zawodu "Jastrząb" był nauczycielem. Urodził się 17.08.1910 r. w Jeżewie w pow. Sierpc na Mazowszu. Ukończył WKN (Wyższy Kurs Nauczycielski) i Szkołę Podchorążych Piechoty i rozpoczął studia na Uniwersytecie Lwowskim. Warunki obiektywne zmusiły go do podjęcia pracy zawodowej. Pierwszą posadę jako pedagog otrzymał w okolicach Kostopola. Po roku został przeniesiony do Kowla do szkoły powszechnej im. I. Mościckiego, w której prowadził lekcje wychowania fizycznego. Po niedługim czasie znowu zmiana: tym razem władze szkolne zleciły Mu pracę nauczycielską w Mielnicy w pow. kowelskim. W r. 1936 zostaje mianowany kierownikiem szkoły powszechnej II stopnia w Drozdniach w pobliżu Kowla. Powierzono mu także funkcję Prezesa Konferencji Rejonowych w gminie Lubitów. Na tym stanowisku zastał Go wybuch wojny 1939 roku.
Pierwsze tygodnie kampanii wrześniowej mocno zapisały się w pamięci Czermińskiego, późniejszego por. „Jastrzębia". Jako nauczyciel był zwolniony od nakazu mobilizacyjnego, przebywał więc w swej miejscowości. W dniu 15 września do dworu w sąsiednim Zastawiu, własności p. Laudańskich, schronił się gen. Mariusz Zaruski, głośny swego czasu taternik, żeglarz, literat, twórca GOPR-u, zasłużony na wielu polach działacz społeczny. Wraz z nim przybyło do Zastawia kilku wyższych oficerów. Śledzący ich ukraińscy komuniści postanowili napaść na dwór i wymordować zarówno przybyszów, jak i właścicielkę majątku wraz z rodziną. Ostrzeżony przez zaprzyjaźnionych Ukrańców Władysław Czermiński, wykorzystując ich pomoc wyprowadził znanymi sobie ścieżkami generała wraz z towarzyszącymi mu osobami oraz panią Laudańską najpierw do Woronny, wsi położonej niedaleko Lubitowa, następnie - również bocznymi drożynami - do Kowla. Tam w kilka dni po wkroczeniu wojsk sowieckich do miasta, został powołany konspiracyjny Związek Obrońców Wołynia (ZOW), na którego czele stanął gen. Zaruski, zaś jego zastępcą został Wł. Czermiński. Przystąpiono natychmiast do organizowania tajnych komórek Związku. Po wyjeździe gen. Zaruskiego do Lwowa, gdzie przez zimę 1940 r. ukrywał się w Ogrodzie Botanicznym do chwili aresztowania przez NKWD i deportacji do Rosji, pracami konspiracyjnymi w Kowlu kierował por. „Jastrząb".
Niestety, NKWD przy pomocy miejscowych agentów, Ukraińców i Żydów, szybko wpadła na trop organizacji. Nastąpiły aresztowania i zsyłki na Sybir. Pracę trzeba było zawiesić na czas nieokreślony.
Warto wspomnieć, że sędziwy gen. Zaruski został wkrótce po aresztowaniu zamordowany w więzieniu sowieckim. I Wł. Czermiński w początkach rządów bolszewickich cudem tylko uszedł śmierci. Wybrał się mianowicie do Drozdeń w celu zdobycia żywności, bowiem w Kowlu nagle wszystkiego zaczęło brakować. Sklepy, dotąd bardzo zasobne, opustoszały. Odczuli to zwłaszcza ci, którzy nie mieli żadnych zasobów, własnego domu ni pracy. Bez trudu kupił u dobrych znajomych potrzebne środki spożywcze i zadowolony wracał do miasta. Po drodze dołączyła do niego grupa miejscowych Ukraińców, którzy z kolei podążali do Kowla po tytoń i papierosy, gdyż i te wyroby znikły niespodziewanie z półek sklepowych. W pewnym momencie zastąpił im drogę oddział czerwonoarmistów. Nastąpiło legitymowanie. Nie spodobał im się dokument Polaka. Polecili mu iść z sobą. I wtedy wstawił się za kierownikiem szkoły Ukrainiec z Drozdeń, nazwiskiem Karp Klimuk. Zapewnił Sowietów, że ów Polak jest mu dobrze znany, że nikomu nie zrobił żadnej krzywdy i że nie widzi powodów do Jego zatrzymania. A mówił to odważnie, stanowczo. Poskutkowało. Wcześniej na pytanie Klimuka co chcą z Polakiem uczynić, usłyszano krótką odpowiedź „Ubijom". Epizod ten wspominał „Jastrząb" często, a swego wybawcę zachował do wdzięcznej pamięci.
Potem zaczęła się praca w ZWZ, w AK i wreszcie działania zbrojne. Przez cały okres okupacji przebywał „Jastrząb" a to w Kowlu, trochę w Maniewiczach, pod koniec w Budach Ossowskich. Były to już początki krwawych rzezi Polaków. Również i tam nasz późniejszy dowódca w ostatniej chwili uszedł z rąk oprawców Bandery i Łebedia.
16 lipca 1943 r. na rozkaz Inspektoratu AK w Kowlu por. „Jastrząb" przybył do Zasmyk, dużej wsi złożonej z samej tylko ludności polskiej. Usytuowanie miejscowości pomiędzy dwoma dużymi kompleksami leśnymi, z dala od ważniejszych dróg komunikacyjnych, sporo młodzieży, dobrze zorganizowany przed wojną Związek Strzelecki i Związek Rezerwistów oraz inne organizacje stwarzały szansę na stosunkowo pomyślne przygotowanie się do nieuniknionego, jak przewidywano, napadu banderowców. Wraz z dowódcą przybyło do Zasmyk kilku młodych ludzi z bronią w ręku, w tym niektórzy po odbytej służbie wojskowej i udziale w kampanii 1939 r. Razem z przybyłą do naszej wsi o kilka dni wcześniej grupą uzbrojonej młodzieży z pobliskich Radowicz pod dowództwem ppor. „Znicza" - Henryka Nadratowskiego, był to już obiecujący zaczątek przyszłych obrońców zasmyckiej placówki.
"Jastrząb" od razu wzbudził zaufanie tak podwładnych, jak i ludności Zasmyk. Wprawdzie nie wszyscy akceptowali otwarte demonstrowanie gotowości bojowej, by nie prowokować tak Ukraińców, jak i Niemców, lecz większość była zdania, że oddział zbrojny na wypadek najścia Ukraińców jest bezwzględnie konieczny. W „Jastrzębiu" pokładano największe nadzieje. Imponował każdemu. Był zawsze spokojny, opanowany, nawet pogodny, bez śladów lęku o najbliższą przyszłość, mimo że najlepiej zdawał sobie sprawę z grozy sytuacji. Z miejsca też przystąpił do przeprowadzania ćwiczeń natury wojskowej. Stale był w ruchu, przemierzał ze swymi chłopcami rozległe przestrzenie wokół wsi, pokazując się niemal jednocześnie w kilku miejscach obserwującym Zasmyki Ukraińcom. Taktyka ta znakomicie zdała egzamin. Wieści o rzekomych tysiącach wojska w Zasmykach powstrzymywały UPA przed pochopnym uderzeniem. Zwlekano więc, a to właśnie było na rękę Polakom. Gdy oddział powiększył siłę, wspólnie z por. „Sokołem" - Michałem Fijałką, koordynującym działanie placówki z ramienia Inspektoratu AK w Kowlu oraz z paroma podoficerami, jak np. „Kruk" - Kazimierz Pawlik, ,,Orzech" - Antoni Jamrozy, „Błyskawica" - Józef Piątkowski i inni zaprawiał oddział do walki, do trudnych marszów, do umiejętności wykorzystywania terenu, itd. Wkrótce młodzi żołnierze mieli praktycznie przekonać się jak ważne i potrzebne były owe praktyczne ćwiczenia, gdy przyszło im stanąć oko w oko z nieprzyjacielem.
A potem zaczęło się długie pasmo walk z bandami UPA. Gruszówka, ewakuacja ludności polskiej z Osiecznika, wyprawa do Rymacz, Kupiczów, Dażwa, Ośmigowicze i wiele, wiele innych wypraw, bojów, potyczek. Nie będę mówił o nich, ponieważ wszystkie opisane szczegółowo w różnych publikacjach. W każdej z nich por. „Jastrząb" dał dowód swego talentu żołnierza i dowódcy, nie tracąc nigdy zimnej krwi i kierując walkami w sposób niemal doskonały. Co do tego nie ma rozbieżności w zdaniach wszystkich uczestników owych zmagań.
Wreszcie ciężkie walki z Niemcami w rejonie między Kowlem a Lubomlem. One również wykazały, że por. „Jastrząb" nigdy nie zawiódł. Zarówno we wspomnieniach zwykłych żołnierzy, jak i w opiniach wyższych oficerów nie ma ani jednej krytycznej uwagi na temat II/50 pp. i jego dowódcy.
A uwieńczeniem dokonań bojowych porucznika było zebranie rozproszonych w lasach mosurskich i ziemlickich żołnierzy z kilku batalionów po pamiętnym forsowaniu torów pod Jagodzinem. Przez kilka tygodni przemierzał nasz dowódca leśne ostępy od Ziemlicy po Kolonię Strzelecką i od Janin Boru po Bindugę w poszukiwaniu mniejszych czy większych grup żołnierskich, zdanych na łaskę losu. Włączał wszystkich do swego oddziału. W dramatycznych warunkach w głodzie i chłodzie, w terenie gęsto obsadzonym przez wojska niemieckie, usiłował wychwycić wszystkich polskich partyzantów i przez poleskie bagna doprowadził ponad 400 osobowy oddział do dywizji na Ziemię Lubelską pod Ostrowem. Po krótkim odpoczynku (dołączenie do dywizji nastąpiło w ostatnich dniach czerwca) batalion „Jastrzębia" znowu był gotów do walki.
Coś chwytało za serce gdy patrzyło się na zmienioną pobladłą twarz por. „Jastrzębia" (od 3.05.1944 r. kapitana), gdy przeprowadzał ostatnią zbiórkę batalionu na szosie w Skrobowie 25 lipca 1944 r. i gdy oznajmiał złamanym głosem, iż za chwilę mamy złożyć broń. Był oficerem. na którego obliczu widniał zawsze nienaruszony spokój. Tym razem ta twarz pokryta niepokojącą bladością, ukazywała dramatyczne napięcie, spowodowane sowieckim rozkazem, a głos o kilka tonów niższy niż normalnie, wydobywał się jakby spoza tego człowieka. Jeszcze bardziej tragicznie przeżył „Jastrząb" nieudaną tegoż wieczora próbę ucieczki z bronią w ręku z terenu otoczonego przez wojska rosyjskie. Gdy wrócił z pobliskiego lasku, przez który próbował się przedostać z kilku swoimi żołnierzami, gdy mówił o stojących wokół czołgach i gniazdach CKM-ów, głos mu drgał, a w słowach czuć było niepohamowany gniew, zawód a także rozpacz żołnierza-Polaka, któremu bestialsko zabierano wszystko, co miał najdroższego - prawo do walki o wolność narodu i państwa, wyrządzając tym samym krzywdę nie do naprawienia. Nic dziwnego, że już po kilku miesiącach kpt. „Jastrząb" znalazł się w szeregach WiN w północnej Lubelszczyźnie i na Podlasiu.
Uniknął aresztowania i znowu chwycił broń do ręki. Nie prowadził jednak walk zbrojnych. Skupił przy sobie niewielką liczbę swych najwierniejszych żołnierzy z czasów wołyńskich i przygotowywał ich do przyszłych prac organizacyjnych przy tworzeniu polskiego wojska, kiedy - jak mówił - ,,nastąpi czas ostatecznej próby". Liczył na interwencję Zachodu, jak zresztą wielu wtedy Polaków. Ciężko ranny podczas ucieczki z rąk UB latem 1945 r., leczył się konspiracyjnie
w Wraszawie, a po dojściu do sił przedostał się przez zieloną granicę do Czech, gdyż ciążył na nim wyrok śmierci i za działalność w AK i szczególnie w WIN. Po krótkim pobycie w Czechosłowacji, przyjmowany gościnnie przez byłych kupiczowian, których bronił niedawno przed napadami Ukraińców, w podobny sposób dostał się do RFN, gdzie został wkrótce asystentem, a konkretnie zastępcą komendanta obozu liczącego 1500 osób, złożonego z ludzi uczestniczących w ,,Operation Vittels", czyli przy dostawie żywności do Berlina Zachodniego, by ratować ludność miasta przed głodem, bowiem ZSRR zamknął linię kolejową do Berlina i należało stworzyć „most powietrzny", łączący miasto ze światem. Ową odpowiedzialną funkcję pełnił Wł. Czermiński przez okres 57 miesięcy, tj. do 1950 roku.
W rok później wyemigrował do USA. Do kraju wrócił po 43 latach, aby jak pisał w liście do autora niniejszych wspomnień - „złożyć swoje kości w polskiej ziemi". Przez cały czas pobytu za oceanem utrzymywał łączność korespondencyjną z wielu swymi żołnierzami doskonale orientował się we wszystkim, co się u nas działo. Czuł się tylko jakby zapomniany przez byłych dowódców dywizji i byłych kolegów, świadomie spychany przez nich na dalszy plan, w czym się chyba nie mylił, a co odczuwał bardzo dotkliwie.
Nie miał podwładnego, który by go nie darzył szczerym uznaniem i głębokim uczuciem. Każdemu tez odwzajemniał się nasz dowódca tym samym. Pozornie nieprzystępny jakby zapatrzony w siebie, darzył swych żołnierzy prawdziwie ojcowskim sercem. Miałem okazję przekonać się o tym podczas długich wielodniowych rozmów wiosną i latem 1945 r. w czasie wspólnego pobytu w okolicach Łukowa. Często wtedy nasz kapitan otwierał się całkowicie i mówił w zadumie o swych „synkach" - przede wszystkim o poległych na Wołyniu lub o tych, którzy doznali ciężkich ran i nabawili się na całe życie kalectwa. W takich chwilach głos załamywał Mu się wyraźnie. Odwracał od nas głowę, widocznie dla ukrycia nadmiaru wzruszeń. Jeszcze po latach, w 1971 r. pisał z USA: .....Sąd, że nie mogłem pamiętać wszystkich moich podwładnych, jest słuszny, ale pamiętam wielu.
Nie jako podwładnych, ale jako braci i dzieci...". I kończył list słowami: ,, ...Proszę mi opisać swoje wrażenia "wycieczkowe" z Zarzecza (zza Buga, dokąd się wtedy wybierałem), gdzie moi synkowie leżą...".
Funkcję dowódcy, którego pieczy powierzono dużą liczbę ludzi, oceniał ,,Jastrząb" w szczególny sposób. Widać to było na każdym kroku, zwłaszcza w chwilach szczególnie niebezpiecznych, w ogniu zaciętych walk, gdy pociski ocierały się o żołnierskie głowy i mundury. Nie chował się wtedy, lecz stojąc na otwartej przestrzeni, patrzył uważnie w dwu zwykle kierunkach: ku nieprzyjacielowi i w stronę swoich, jak mawiał — „rycerzy". Takie zachowanie mieliśmy mu
czasem za złe, uważają to za lekkomyślność i zbyteczną brawurę. Co zrobimy jeśli go, nie daj Bóg, zabraknie?! Dopiero po latach zrozumieliśmy, że nic była to ani brawura, ani lekkomyślność, lecz objaw niepokoju o ludzi, obawa, by kogoś nie przeoczyć, nie pominąć odpowiedniego manewru, zapewniającego zwycięstwo kosztem najmniejszych ofiar. Pamiętam chwile w wielu bitwach, gdy leżeliśmy plackiem na polu, kule świstały przeraźliwie tuż nad głowami, a nasz dowódca stał lekko tylko pochylony i wpatrywał się w przedpole, pokrzykując od czasu do czasu na tych, którzy nie dość precyzyjnie wykorzystywali nierówności terenu i nie chronili należycie głów.
,,...Dowódca - pisał w 1974 r. - poświęcający siebie, by ratować innych żołnierzy, nie działa pod wpływem instynktu. Działa z całą świadomością niebezpieczeństwa na które się naraża. Idzie przeciw pewnej śmierci w poczuciu obowiązku za powierzony mu oddział, za ludzi którymi dowodzi...". Przekonaliśmy się niejednokrotnie, że między słowem a czynem nie było u niego rozbieżności.
W roku 1946 w Londynie uzyskał „Jastrząb" stopień majora, a na kilka lat przed powrotem do kraju - podpułkownika, także w Londynie. Odznaczony był krzyżem walecznych (l.02.1944 r.) i Krzyżem Virtuti Militari V klasy (1.08.1944 r.), potwierdzonym przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego (L.Dz. 6379/47). Umarł jako inwalida bez obu nóg, pochowany skromnie na cmentarzu w Gdyni.
Nie było przysłowiowego ,,lasu sztandarów", nie było wielkich mów, fanfar, ani bicia w dzwony, marszów żałobnych i salw karabinowych. Ale takie pożegnania towarzyszyły często nawet największym z Polaków, jak choćby Norwidowi, Kościuszce czy Sowińskiemu. Lecz ich było „za grobem zwycięstwo". Historia nie zapomina i o legendarnym , ,,Pierwszym Partyzancie Wołynia".
Cześć Jego pamięci!
/tekst z Biuletynu Informacyjnego ŚZŻ AK nr.4 z 1995 r./
Antoni Mariański
W siódmą rocznicę śmierci "Jastrzębia"
Biuletyn Informacyjny Okręgu Wołyńskiego 27 WDP AK - ŚZŻAK nr. 3/2003
W tym tekście między innymi taka o "Jastrzębiu" opinia autora, podzielana zresztą przez jego żołnierzy w ich wspomnieniach: "Jastrząb" nie był "wylewny" będąc dowódcą batalionu. Oszczędzał słów. Wszystko co mówił było wyważone. Słowa i czyny razem wzięte budowały jego autorytet. Żołnierz pod jego dowództwem był pewny, że każdy rozkaz jest przemyślany, że nic złego nie może go spotkać w najcięższych chwilach. Taką samą opinię miał wśród społeczeństwa cywilnego. W Zasmykach można było czuć się bezpiecznym, gdy "Jastrząb" był blisko".
Pan Antoni Mariański cytuje fragmenty listów "Jastrzębia" do jednego z jego żołnierzy:
"Wigilia w r. 43 pozostanie w mojej pamięci, jako wyjątkowa i warta zapamiętania. Niedawno dowiedziałem się od jednego Czecha, że Ukraińcy mieli zamiar mnie zabić, gdybym w gawędzie wigilijnej zbytnio ich zawstydził. Ale do tego nie doszło, bo podobno uznali, że mówiłem prawdę. A następnego dnia był napad na Radomle, choć o tym przestrzegałem,,...". Zginęło 57 niewinnych ludzi. Dawne to były wydarzenia i nie z naszej winy. (16 grudnia 1983 r.)
Trzymam się zasady: "rób dobrze i milcz". Jeśli się swoją "chwałę" wynosi na ulicę, to ona wyparuje, przestanie istnieć. W tej zasadzie naśladowców widzę stosunkowo mało. Więc się nie obrażam, gdy ktoś mnie obraża, a później przeprasza, bo się omylił. Dlatego jestem spokojny i zachowuję poczucie własnej wartości. To nie znaczy, że uważam, że jestem lepszy. Może bardziej konsekwentny. Ale błędy też popełniam. To jest cecha ludzi. (15 marca 1984 r.)"
"Wiem dobrze, że swoje życie poświęcaliśmy nie dla chwały i chwalby własnej. Wartość naszego życia (...) była zamieniona w dużej mierze dla dobra innych ludzi, a przede wszystkim ratowania zagrożonego, przez barbarzyńców życia. (4 kwietnia 1983 r.)
.... Brak wspólnego zainteresowania obecnym losem weteranów czy partyzantów, którzy potrzebują pomocy materialnej czy w sprawach życiowych, jest ważniejsze. Są tacy, którzy mieli szczęście, że urządzili się wygodnie, ale zapomnieli, że mogliby pomóc innym, którzy cierpią na niedostatek bez własnej winy. Wiele myśli mnie trapi, że tylu sławnych pozwala cierpieć tym, na których budują swoją chwałę..." (30 kwietnia 1980 r.)
mgr inż Józef Piątkowski
Relacja o pobycie kpt. Władysława Czermińskiego "Jastrzębia" - "Stala" na terenie obwodu Łuków AK, czerwiec - sierpień 1945 r.
Biuletyn Informacyjny Okręgu Wołyńskiego 27 WDP AK - ŚZŻAK nr. 4/2003
W tej relacji ciekawe i mało znane informacje o losach Władysława Czermińskiego używającego w 1945 r. pseudonimu "Stal". Objęciu przez niego pod koniec czerwca lub na początku lipca funkcji Komendanta Obwodu Łuków AK, aresztowaniu 4 sierpnia 1945 r. w konspiracyjnej kwaterze we wsi Orle Gniazdo przez oddział NKWD. Opis ucieczki o świcie w dniu 5 sierpnia 1945 r. zranieniu, ratowaniu i wywiezieniu z zagrożonego terenu "Jastrzębia" - "Stala".
Dokumenty archiwalne:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz